Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.

więcej publikacji autora Jan Cipiur

Ustawodawców lepiej trzymać z dala od kart

Dyskusja w sprawie wysokości opłat pobieranych od posługiwania się w Polsce kartami płatniczymi wskazuje jak wielu jest zwolenników ingerowania w gospodarkę ustawami. Ile za taką legislacyjną regulację płacą później wszyscy ujawnia przykład USA. Mały przegląd stanu biznesu kartowego demistyfikuje siłę paragrafów.
Ustawodawców lepiej trzymać z dala od kart

(CC BY SA 401 K 2013)

W detalicznych zakupach towarów i usług królem nadal pozostaje w świecie gotówka. W skali globalnej udział banknotów i monet w rozliczeniach osób prywatnych wynosi ok. 85 proc. Taki wskaźnik podaje MasterCard – mniejszy uczestnik światowego duopolu kart płatniczych. Jednak liczba transakcji przeprowadzonych z użyciem kart z plastiku rośnie z roku na rok w tempie dwucyfrowym. W raporcie „World Payments Report 2012” firma Capgemini podaje, że w skali ogólnoświatowej w 2011 r. kart użyto w ponad 300 mld operacji. Można więc szacować, że obecnie jest to blisko 350 mld transakcji rocznie.

Pomysł ocalał, autora wyrzucili

Karta kredytowa powszechnego użytku narodziła się jesienią 1958 r. w kalifornijskim Fresno. Miejsce na eksperyment prowadzony przez Bank of America zostało wybrane bardzo starannie. Nie za dużo mieszkańców (ćwierć miliona), a więc rozsądne koszty wdrożenia, prawie połowa dorosłych z kontem w BofA oraz położenie na uboczu, co liczyło się w razie niepowodzenia i konieczności ograniczania strat wizerunkowych banku.

Debiut „BankAmericaCard” był nieudany – za dużo nadużyć, nadmierne ryzyko dla klientów i banku. W wymiarze bilansowym strata na przedsięwzięciu, rozszerzonym wkrótce przez BofA na całą Kalifornię, wyniosła 8,8 mln ówczesnych dolarów. Jednak badacze twierdzą, że gdyby dodać koszty ponoszone centralnie i nieprzypisane wprost temu projektowi, to całkowita strata wyniosła ok. 20 mln dolarów.

Szczęściem dla idei znalazł się kozioł ofiarny w osobie szefa projektu Josepha Williamsa. To na nim, a nie na samym pomyśle, skrupiła się złość szefów BofA. Z tych powijaków, po wielokrotnych przekształceniach produktu i struktury właścicielskiej narodziła się w 1976 r. najpierw marka, a potem korporacja Visa w dzisiejszym dominująco-globalnym rozmiarze.

W roku finansowym 2012, zakończonym 30 września, płatności dokonane w ok. 200 państwach z użyciem kart Visa miały wartość 3,94 bln dol. Rok wcześniej było to 3,67 bln dol., a więc tempo wzrostu jest solidne. Wypłaty bankomatowe na podstawie kart Visa wyniosły zaś 2,36 bln dol., a w roku poprzednim – 2,2 bln dol. Łączna wartość wszystkich operacji kartami Visa wzrosła zatem w 2012 r. do ponad 6,3 bln dol. z 5,87 bln dol. w 2011 r.

W 2016 r. półwiecze będzie obchodził „młodszy brat” i największy konkurent Visy, który rozpoczął w USA jako Interbank Card Association, a znany jest obecnie jako MasterCard. W 2011 r. kartami tej korporacji rozliczono zakupy i wypłaty bankomatowe o łącznej wartości 3,2 bln dol. Obie organizacje zdeklasowały pozostałych uczestników biznesu kartowego, którzy dodają do puli nadętej przez Visa i MasterCard wartości symboliczne.

American Express – ekskluzywny „butik” kartowy dla majętnych ludzi biznesu i bogatych utracjuszy – rozliczył swoimi kartami w 2011 r. płatności za marne 822 mld dol. Czwarty, nie tyle liczący się, co zauważalny udziałowiec globalnego rynku, amerykańska korporacja Discover, będąca kiedyś własnością banku Morgan Stanley, obsłużył transakcje za 280 mld dol. Najlepiej kojarzonym, ale też najmniejszym interesem kartowym tej firmy, jest przejęty w 2008 r. biznes pn. Diners Club, utworzony w 1950 r. jako prekursor płatności wychodzących poza tradycyjne instrumenty gotówkowo-czekowo-wekslowe.

Na podstawie danych korporacyjnych można oszacować, że wartość operacji przeprowadzanych z użyciem kart debetowych, kredytowych i prepaid zbliża się dziś w ujęciu globalnym do 11 bln dol. Nie wolno tej sumy utożsamiać z wartością płatności bezgotówkowych. Te stanowią jedynie ok. połowę tej kwoty, bo druga połowa to wypłata żywej gotówki z bankomatów.

Europa woli bankomaty

Najważniejszy rynek dla biznesu kartowego to USA. Mimo, że Amerykanie nadal nie są w stanie rozstać się z czekami, to w przypadku Visy udział samych tylko Stanów Zjednoczonych wynosi 40 proc. wartości wszystkich transakcji rozliczonych w roku finansowym 2012 (karty debetowe – 1 114 mld dol., kredytowe – 955 mld dol. i 430 mld gotówki pobranej z bankomatów). Te dane potwierdzają dominację transakcji bezgotówkowych wśród użytkowników kart mieszkających w USA. Reszta świata znacznie częściej niż Amerykanie posługuje się „plastikiem” głównie jako narzędziem do otwierania wystającej ze ściany kasy z banknotami.

Według szacunków placówki badawczej Consumer Payments Research Center, działającej przy bostońskim oddziale Rezerwy Federalnej, średnia wartość transakcji opłaconej kartą debetową wynosiła w USA w 2010 r. prawie 82 dol., a kredytową – 51 dol.

Według Europejskiego Banku Centralnego, przeciętna wartość transakcji dokonanej jedną z 727 mln kart, używanych w państwach UE, wynosiła w 2011 r. około 52 euro. Wartość łączna płatności bezgotówkowych i wypłat z bankomatów dokonanych kartami sięgała zaś 1,9 bln euro.

Najnowsze dostępne dane Eurostatu oceniają wartość handlu detalicznego w Unii Europejskiej na prawie 2,5 bln euro. Porównanie tych wielkości dowodziłoby, że Europejczyk na zakupach ciągle najczęściej płaci gotówką, choć istotnie, z roku na rok dokonuje coraz więcej płatności bezgotówkowych.

W Polsce dane są dostępne w zasobach statystycznych NBP. U nas karty płatnicze zaczęły się zadomawiać 21 lat temu. Jeszcze w 1998 r. operacje kartowe wynosiły symboliczne 11,6 mld zł. W 2011 r. wartość transakcji urosła do 390 mld zł, a w 2012 r. wyniosła prawdopodobnie ok. 410 mld zł.

Krajowa specyfika polega na używaniu kart głównie do pobierania gotówki w bankomatach, bowiem wartość transakcji bezgotówkowych wyniosła zaledwie 102,5 mld zł, a zatem niespełna 25 proc. całkowitej kwoty operacji z użyciem kart płatniczych. W 2009 r. wartość handlu detalicznego w Polsce (bez samochodów i motocykli) wyniosła wg. Eurostat 86,7 mld euro, czyli ok. 375 mld zł. W tym samym roku Polacy opłacili kartami zakupy detaliczne o łącznej wartości 72,5 mld zł. Udział transakcji bezgotówkowych w handlu detalicznym wyniósł zatem 20 proc.

Nic za darmo

Z punktu widzenia osoby prywatnej najważniejsze zalety płatności bezgotówkowych w porównaniu z gotówką to wygoda i większe bezpieczeństwo, bo kradzież karty nie daje natychmiastowego i skutecznego dostępu do pieniędzy, a także łatwość oceny wielkości i zasadności ponoszonych wydatków („Explaining Adoption and Use of Payment Instruments by U.S. Consumers”, Federal Reserve Bank of Boston, Consumer Payments Research Center, Working Papers, Sept. 2012).

Największą wadą kart, widoczną gołym okiem użytkownika, jest ich koszt. Banki pobierają opłaty za wystawienie i używanie plastiku. Podczas gdy gotówka w odczuciu ogółu jest dobrem publicznym i jako taka – podobno bezpłatna. Pogląd powszechny, ale nie całkiem trafny. Koszt emisji i posługiwania się przez obywateli gotówką państwo zwraca sobie w podatkach.

Bank to w długim okresie biznes najzyskowniejszy ze wszystkich działalności. Nie ma zatem powodów, aby brać stronę bankierów w debacie nad opłatami za używanie kart płatniczych (interchange fees). W Polsce były one najwyższe, albo jedne z najwyższych w UE. W ujęciu procentowym dochodziły do 1,6 proc. wartości transakcji, podczas gdy w kilku krajach Unii jest to ok. 0,2 proc. Nacisk ze strony NBP oraz mediów i klientów sprawił, że zgodnie z decyzjami Visy i MasterCard od stycznia 2013 r. są one nieco niższe.

Głębokie obniżenie opłat interchange z roku na rok, czy z kwartału na kwartał mogłoby bowiem wiązać się z podwyższeniem ryzyka w obrocie kartowym. Wprawdzie z jednej strony są wielkie zyski (netto Visy ok. 4,2 mld dol. i Mastercard ok. 2,7 mld dol. w 2012 r.), korzyści finansowe banków wystawiających karty oraz dochody operatorów systemów informatycznych, to na drugiej szali są też koszty, których ponoszenie zapewnia sprawność i bezpieczeństwo obrotu.

Ponieważ państwo polskie ma inne kłopoty na głowie i za mało pieniędzy z podatków, to nie zamierza zastępować gotówki własnym systemem powszechnych rozliczeń bezgotówkowych, skierowanym do ogółu obywateli. Za większą wygodę i bezpieczeństwo mamy zapłacić sobie sami, tj. tyle ile zażądają od nas uczestnicy biznesu kartowego.

Również w bankowości obowiązują uniwersalne zasady efektywności. Koszty ponoszone są dopiero wtedy, gdy inaczej już nie można. Zgodnie z tą regułą, infrastruktura służąca rozliczaniu transakcji kartowych jest wystarczająca do momentu, kiedy straty (materialne i wizerunkowe) powstające w wyniku zbyt niskiego stopnia niezawodności, bezpieczeństwa i sprawności systemu (oszustwa, wyłudzenia, nieprawidłowe uznania i obciążenia itp.) są mniejsze od inwestycji w jego poprawę.

Nie kijem go, to pałką

Wysoki poziom bezpieczeństwa obrotu w Polsce w połączeniu z wysokimi interchange fees zdaje się świadczyć, że z punktu widzenia wydawców kart, organizacji płatniczych i agentów rozliczeniowych biznes kartowy nie jest jeszcze w Polsce dostatecznie dojrzały, a początkowe inwestycje nie zamortyzowały się. Można z tym poglądem polemizować, ale jeśli jest słuszny, to próby administracyjnego, czy wręcz siłowego obniżenia interchange fees zakończą się zgodnie z powiedzeniem: jak nie kijem go, to pałką. Opłaty interchange będą mniejsze, ale banki i ich partnerzy odbiją sobie utracone korzyści gdzie indziej i w inny sposób.

Są liczni zwolennicy siłowego obniżenia interchange fees z pomocą regulacji ustawowych. Według stanu z końca listopada 2012 r. w Sejmie i Senacie leżało 8 różnych projektów ustaw dotyczących tej kwestii. Ale wymuszanie obniżki opłat z pomocą ustaw to bardzo niebezpieczna droga.

Firma Heartland Payment System – jeden z amerykańskich operatorów płatności bezgotówkowych oszacowała, że dzięki tzw. „poprawce Durbina” zmniejszającej od października 2011 r. wysokość interchange fees, amerykańscy konsumenci zaoszczędzili przez 12 miesięcy 265 mln dol. Na statystycznego dorosłego obywatela przypadł z tego rachunku raptem 1 dolar i 10 centów korzyści. W dodatku, wielkie sieci i duże sklepy wkalkulowały interchange fees w ceny detaliczne, którymi przy tysiącach towarów na półkach żonglować mogą dowolnie. Poważny problem ma jedynie mały, a zwłaszcza najmniejszy handel, ze względu na bardzo skromne pole manewru marżą.

Doświadczenia amerykańskie pokazały także, że najdrobniejszy handel najbardziej cierpi również na ustawowym regulowaniu wysokości opłat. Otóż, zmniejszanie wysokości interchange fees liczonej jako odsetek wartości transakcji ma swoją granicę. Np. 0,2 proc. interchange od 3 zł za kilka bułek na śniadanie to ułamek jednego grosza, który należałoby jeszcze skrupulatnie rozliczyć pomiędzy beneficjentów.

Dlatego w USA przyjęto, że interchange fees składa się ze stałej opłaty 21 centów powiększonej o wartość transakcji pomnożoną przez stały wskaźnik 0,05 proc. (z reguły dochodzi też 1 cent przyznawany uznaniowo i dość hurtowo za wdrażanie sprawniejszych standardów rozliczeń). W efekcie, od kilku tulipanów za parę dolarów opłaconych kartą kwiaciarka musi teraz odliczyć ze swojej marży minimum 22 centy, podczas gdy poprzednio, przy wyższym przeciętnie wskaźniku procentowym, naliczone jej interchange fees mogło wynosić kilka centów, co było jeszcze do zniesienia. Jest na to rada w formie prawa do nakładania przez sprzedawców opłat dodatkowych za płatność kartą (ang. – surcharge). O to konsumentom jednak z pewnością nie chodziło.

Nie wszystko zatem złoto, co się świeci. Entuzjastom gadżetów i wieszczom elektronicznych portmonetek, płatności z użyciem smartfonów, czy tabletów, które miałyby zastąpić niebawem gotówkę i wyprzeć karty należy zaś uświadomić, że nawet jeśli te przepowiednie spełnią się w jakimś stopniu, to użytkownicy zapłacą za to bardzo słony, ukryty rachunek – choćby w cenie sprzętu i bezprzewodowej łączności.

Polem aktywności regulacyjnej mogłoby natomiast być stworzenie warunków do szerokiego wprowadzania w Polsce kartowych płatności bezgotówkowych w relacjach obywatela z urzędami, a także sądami. Chodzi o opłaty dokonywane sporadycznie (np. za wydanie dowodu, czy paszportu) oraz towarzyszące wnioskom i podaniom. Mitręga w znalezieniu w pobliżu czynnego banku może dopiec bardziej, niż parę groszy, czy nawet parę złotych więcej z tytułu zapłaty kartą.

Problem polega na tym, że stawki urzędowe mają umocowanie w źródłach prawa i nie mogą być uszczuplane ani na jotę w wyniku interchange fees. Dlatego wydaje się, że upowszechnienie płatności bezgotówkowych w relacjach urząd – obywatele nie jest możliwe bez regulacji ustawowych. Ale ta akurat kwestia ustawodawców mało interesuje.

(CC BY SA 401 K 2013)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Na obniżeniu opłat interchange banki także mogą zarobić

Kategoria: Analizy
Na obniżeniu opłat interchange banki także mogą zarobić

Interchange się kończy, zwyciężą liderzy mobilnych płatności

Kategoria: Analizy
Interchange się kończy, zwyciężą liderzy mobilnych płatności

Kto zarobi na płatnościach mobilnych przez telefon

Kategoria: Analizy
Kto zarobi na płatnościach mobilnych przez telefon

Popularne artykuły

Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Kategoria:
Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Kategoria: Rynki kapitałowe
Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Bankowość pod okiem Allaha

Kategoria: Rynek bankowy
Bankowość pod okiem Allaha

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac