Autorzy: Wiesław Rozłucki, prezes GPW w 1991-2006

GPW ma szansę zostać największą giełdą w regionie

GPW powinna zostać sprzedana inwestorom, którym zależy na jej rozwoju – uczestnikom giełdy, inwestorom instytucjonalnym i indywidualnym oraz inwestorowi branżowemu. 20 proc. akcji powinno przypaść specjalnej fundacji, która zajęłaby się przekształcaniem naszej giełdy w centrum finansowe regionu.
GPW ma szansę zostać największą giełdą w regionie

Wiesław Rozłucki: W ciągu pięciu lat mamy szansę zostać liderem regionu, mieć kapitalizację większą od Wiednia i trzech mniejszych giełd, które kupił: w Budapeszcie, Lublanie i Pradze.

Minister skarbu Aleksander Grad – po ubiegłorocznej nieudanej próbie sprzedaży warszawskiej giełdy  inwestorowi strategicznemu – powrócił do koncepcji sprzed dwóch lat. Zaoferowania akcji GPW uczestnikom rynku kapitałowego. Prospekt emisyjny ma trafić do KNF jeszcze w tym miesiącu. Powinien być Pan zadowolony, bo o takie rozwiązanie apelował Pan od dawna.

Naszym celem zawsze była budowa w Warszawie centrum finansowego, które roboczo nazwałem kiedyś Warsaw City. Tymczasem najwyraźniej jedyny kandydat na inwestora GPW – niemiecki Deutsche Boerse – nie chciał zadeklarować, że uczyni z Warszawy takie regionalne centrum finansowe.

Plusem zakupu GPW przez inwestora strategicznego byłoby wejście naszej giełdy do wiodącej grupy kapitałowej z jej wielką siecią klientów. Z kolei minusem byłaby utrata autonomii w podejmowaniu decyzji. Długofalowe plany ekspansji GPW mogłyby stanąć w konflikcie z koniecznością osiągnięcia odpowiednio wysokiego zwrotu na kapitale. Kosztowne pozyskiwanie spółek na parkiet, edukacja inwestorów i inne działania mogłyby zostać ograniczone. W ten sposób nasza giełda straciłaby na znaczeniu.

Teraz Ministerstwo Skarbu zapowiada ofertę publiczną kierowaną do różnych instytucji i drobnych inwestorów. Ten sam cel, czyli budowę centrum finansowego, mamy więc osiągnąć za pomocą rozproszonego akcjonariatu.

Do jakich inwestorów powinny trafić akcje GPW?

Warszawska giełda powinna być własnością tych, którzy mają interes w jej rozwoju. Proponowałbym podzielenie akcjonariatu na pięć w miarę równych części, przy założeniu dużej elastyczności ze strony sprzedającego.

20 proc. akcji powinno trafić do  członków GPW, czyli notowanych na niej spółek oraz biur maklerskich, po 20 proc. należy sprzedać w ofercie publicznej i inwestorowi branżowemu, czyli innej giełdzie. Tyle samo mogłoby tymczasowo zachować państwo. Dobrymi udziałowcami byłyby fundusze inwestycyjne i private equity, które mogłyby wejść w miejsce inwestora branżowego i/lub Skarbu Państwa. W ten sposób żaden z inwestorów nie zdobędzie decydującej pozycji w akcjonariacie. Wreszcie 20 proc. GPW należałoby sprzedać specjalnej fundacji.

Po co w akcjonariacie naszej giełdy fundacja?

Bez takiej organizacji budowa centrum finansowego w Warszawie ma małe szanse. Każdy projekt wymaga koordynacji przez instytucję bezpośrednio dbającą  o jego rozwój. Takie fundacje mają giełdy w Londynie, Paryżu i Frankfurcie.

Dla mnie jednak najciekawszym wzorem jest Malezja z parkietem w Kuala Lumpur, który stał się ważnym centrum finansowym w Azji, coraz mocniej konkurującym z sąsiednim Singapurem. Odpowiednią fundację utworzono w Malezji pięć lat temu i w procesie prywatyzacji giełdy dostała ona 30 proc. akcji. Fundacja stopniowo sprzedała 12 proc. udziałów na rynku publicznym. A pozyskany kapitał przeznaczyła na finansowanie promocji lokalnego centrum finansowego.

Nie odrzuca Pan całkowicie udziału w prywatyzacji inwestora branżowego. Tyle że otrzymałby pakiet nie dający dużego wpływu na spółkę.

To tylko opcja, równie dobrze inwestora branżowego mógłby zastąpić fundusz private equity. Jesteśmy uzależnieni od obcych technologii informatycznych. Dlatego może warto pomyśleć np. o transakcji wiązanej – niech inna giełda kupi trochę akcji GPW w zamian za system transakcyjny i dostęp do globalnej sieci klientów, banków i funduszy inwestycyjnych. Dzięki temu można by przyciągnąć więcej firm na nasz parkiet i zwiększyć zainteresowanie polskimi ofertami publicznymi. Może nie warto tak a priori skreślać inwestora branżowego.

Aleksander Grad twierdzi, że wszyscy go krytykowali za plan sprzedaży giełdy inwestorowi strategicznemu, a kiedy w 2008 r. szukał chętnych w Polsce, to ich nie było. Teraz mówi: sprawdzam. Czy sądzi Pan, że po tych dwóch latach coś się zmieniło i teraz znajdą się chętni?

Wtedy zaczynał się kryzys i myślę, że dlatego nie było zbyt dużo zainteresowanych. Nie widzę powodów, by ich teraz miało zabraknąć.

Dlaczego powinniśmy szybko sprywatyzować giełdę? Może lepiej poczekać, aż kryzys się całkiem wypali.

Nie ma co czekać. W Europie zostały tylko trzy państwowe giełdy: na Cyprze, Malcie i w Polsce. Przez to, że mamy państwową giełdę, już straciliśmy możliwość ekspansji i kupna udziałów w innych parkietach naszego regionu. Nikt nie chciał sprzedać swojej giełdy innemu państwu. Wykorzystał to Wiedeń, kupując parkiety w Budapeszcie, Pradze i Lublanie. Kijów prowadzi aktywne negocjacje z moskiewskim MICEXem. W efekcie z cennych celów ekspansji pozostały nam tylko giełdy w Mińsku i Bukareszcie.

Za szybką prywatyzacją  GPW przemawia jeszcze jedna kwestia. Do tej pory udawało nam się unikać wpływów politycznych i dzielenia tzw. łupów wyborczych. Bardzo dbaliśmy o apolityczność giełdy. W grupie spółek państwowych jesteśmy wyjątkiem. Nie ma jednak gwarancji, że tak będzie zawsze. Nie chciałbym, żeby kluczowa instytucja gospodarki stała się obiektem karuzeli kadrowej.

Dlaczego światowe giełdy poza niemiecką  w ogóle nie były zainteresowane naszym parkietem? NYSE i Nasdaq z USA czy Londyn wycofały się z przetargu?

Dlatego że nasze oczekiwania dotyczące roli inwestora strategicznego były bardzo wysokie. Tymczasem Polska i nasz region nie należą do priorytetów wiodących graczy. Wszyscy patrzą teraz na Azję, szczególnie Chiny i Indie, a także Brazylię, ciekawa jest też Rosja i Kazachstan. Tylko Niemcy wykazali zainteresowanie, bo szukali lokalnego sojusznika w regionie, o który i my walczymy, czyli Europie Środkowo-Wschodniej. Tu ich zaangażowanie jest bardzo małe.

Do inwestycji w GPW światowych graczy mogła też zniechęcać ekspansja alternatywnych platform obrotu, które w Europie zabrały już jedną czwartą rynku tradycyjnym giełdom.

Alternative trading systems to rynki, które nie podlegają regulacjom, jak giełdy. Dają możliwość inwestycji i obrotu na całym świecie dowolnymi instrumentami, nawet niedopuszczonymi do rynku regulowanego, bez konieczności korzystania z pośredników, jakimi są np. biura maklerskie czy fundusze inwestycyjne. Realizują transakcje również po zamknięciu giełd. Lokowanie przez nie kapitału jest dla inwestorów tańsze niż w tradycyjny sposób.

Takie alternatywne platformy, jak np. Chi-X czy Turquoise, mogą odebrać część obrotów GPW. Znajdzie się ona bez wątpienia pod silną presją na spadek cen. Prowizje od handlu czy opłaty za wejście na parkiet będą musiały spaść w ciągu kilku lat co najmniej o połowę. A to uderzy w zyski GPW. Alternatywne platformy obrotu są tym groźniejsze dla giełd, że oferują nie tylko niższe ceny, ale transakcje na ich walorach są szybsze. A szybkość ma wielkie znaczenie, kiedy o zakupie może zdecydować jedna tysięczna sekundy.

Jaką  rolę może w przyszłości odegrać  warszawska giełda?

Pamiętam pierwsze notowania sprzed 20 lat.  Odbywały się raz w tygodniu. Na parkiecie było pięć spółek. Polakierowana podłoga jeszcze się lepiła, zlecenia składało się na karteczkach, a transakcje realizowaliśmy na komputerach pożyczonych z Fundacji Prywatyzacji, które zaraz po sesji trzeba było oddawać.

W tym czasie wykonaliśmy wielki skok. W ostatnich miesiącach pod względem kapitalizacji i obrotów wyprzedziliśmy już naszego głównego rywala, giełdę w Wiedniu.  W ciągu kilku najbliższych lat, maksymalnie pięciu, mamy szansę zostać niekwestionowanym liderem regionu, mieć kapitalizację większą nie tylko od samego Wiednia, ale i trzech mniejszych giełd, które kupił: w Budapeszcie, Lublanie i Pradze. Wkrótce wszystkie cztery będą działać jako połączona giełda. Mamy jeszcze duży potencjał rozwoju. Dzięki przyspieszeniu prywatyzacji na warszawskim parkiecie znajdą się w tym roku choćby PZU i energetyczne olbrzymy, jak Tauron. W grę wchodzi też IPO Polkomtela, operatora sieci komórkowej Plus.

Obecnie polska giełda ma kapitalizację  przekraczającą 100 mld euro. W ciągu pięciu lat mogłaby się ona nawet podwoić, bo też wartość już notowanych spółek będzie rosła.

Co prawda, do światowej czołówki, jak Frankfurt czy Londyn, nie wskoczymy, ale już teraz zbliżamy się do giełdy w Atenach, która ucierpiała na obniżeniu ratingu Grecji. Potem możemy też zdystansować parkiety w Irlandii czy Norwegii.

Z jednej strony GPW ma ogromne możliwości rozwoju i przyciągnięcia nowych spółek, z drugiej zaś potencjalnie zagrażają jej alternatywne platformy obrotu. Ile w takim razie może być warta warszawska giełda?

Na tak zadane pytanie nigdy bez dostępu do szczegółowych analiz nie odpowiem.
Czy sprzedaż PZU, która ma być  najważniejszym wydarzeniem w tym roku, przyciągnie nowych międzynarodowych inwestorów na GPW? Na to liczę. Ale zadbałbym także o naszych inwestorów krajowych, zwłaszcza drobnych. Obecny sposób oferowania akcji, czego dowiodła sprzedaż PGE, jest pełen wad i zraża graczy indywidualnych. Ich liczba przy kolejnych wielkich ofertach publicznych systematycznie się zmniejsza. Ale trudno się dziwić, jeśli w przeciwieństwie do inwestorów instytucjonalnych drobni muszą wpłacać pieniądze już w momencie zapisów i brać duże kredyty na więcej akcji niż ostatecznie dostaną. Zarabiają na tym banki, ale nie drobni inwestorzy, bo koszt kredytu zjada zyski.

Można oczywiście próbować  tłumaczyć taki system brakiem gwarancji, że inwestorzy potem za wszystkie akcje zapłacą, ale w takim razie, od czego są gwaranci emisji?

Efekt jest taki, że akcje PGE kupiło raptem 60 tys. osób, choć mogłyby być setki tysięcy, a nawet miliony, jak w przypadku podobnych ofert w innych krajach. Powinno się wprowadzić pewną minimalną pulę akcji do objęcia bez redukcji. Dopiero powyżej tej puli zapisy byłyby redukowane.

Ministerstwo Skarbu wręcz zaleje w tym roku rynek akcjami prywatyzowanych przedsiębiorstw. Czy GPW jest w stanie to wszystko wchłonąć?

Tak, pod warunkiem, że nastroje na rynkach finansowych przynajmniej nie będą gorsze niż  obecnie.

Od dawna mówi się  o konieczności przyciągnięcia na nasz parkiet spółek z zagranicy. Dlaczego idzie to słabo i takich rodzynków jak CEZ mamy ledwie kilka?

Bardzo trudno jest przekonać zagraniczne spółki do wejścia na inną giełdę niż własna, jeżeli ich rynek macierzysty jest zorganizowany i sam zapewnia odpowiednią płynność. W pozyskiwaniu firm spoza Wielkiej Brytanii jedynie giełda w Londynie osiągnęła prawdziwy sukces.

Rozwój naszej giełdy zależy nie tylko od przyciągnięcia nowych spółek, ale i od globalnej koniunktury, która pozwoli na wzrost cen akcji. Jaki scenariusz Pan przewiduje w najbliższym czasie?

Na światowych rynkach potencjał  wzrostu już się raczej wyczerpał. Odreagowaliśmy silne spadki sprzed roku i teraz muszą przyjść kolejne pozytywne informacje z głównych gospodarek. Równocześnie rośnie prawdopodobieństwo głębszej korekty, do której mogłoby dojść nawet w tym roku.

Co do kolejnych lat, to nie jestem wielkim optymistą. W światowej gospodarce nie ma mowy o powrocie do tak szybkiego wzrostu, jak w latach poprzedzających kryzys. Przede wszystkim ze względu na trudniej dostępny i droższy kredyt. To musi przełożyć się na giełdy, również naszą.

I to pomimo, że Polska jest liderem pod względem wzrostu gospodarczego w Europie?

Kursy akcji na GPW zależą w większym stopniu od sytuacji na światowych rynkach niż od stanu naszej gospodarki. Nie możemy iść pod prąd. Tylko giełdy chińskie wydają się być obecnie w miarę odporne na nastroje na świecie. Dlatego w najbliższych latach możemy liczyć na wzrosty rzędu kilku, może kilkunastu procent rocznie przy dużej zmienności na rynku.

Eksperci przestrzegają  przed tworzeniem się baniek spekulacyjnych. Czy mogą być one już w przyszłym roku zagrożeniem dla wracającej do zdrowia światowej gospodarki?

Ja bym się tego teraz tak bardzo nie obawiał. Po każdej bańce zawsze musi minąć kilka lat, zanim wytworzą się kolejne.

Nasza giełda jest mało płynna i podatna na duże wahania. Kapitał zagraniczny zwykle kupuje tylko największe spółki z indeksu WIG20. Obecne władze giełdy chcą powiększyć ten indeks, zmieniając go w WIG30. Czy to ma sens?

Nie jestem przekonany do tego pomysłu. Giełda niemiecka jest wielokrotnie większa od naszej, a ma indeks DAX30. Obawam się, że znów w indeksie WIG30 pojawią się niepłynne akcje. Dlatego nie tędy droga. Cóż, jesteśmy rynkiem, na którym jest dużo małych spółek i niewiele dużych, ale znacznie gorzej jest np. w Pradze czy Budapeszcie, gdzie dużą płynność ma tylko kilka notowanych firm.

Kto będzie nadawał ton giełdzie w tym roku? TFI, OFE, a może takie rekiny, jak Solorz, Czarnecki czy Sołowow?

Żaden, nawet bardzo zamożny inwestor nie jest w stanie wpływać na ogólny kierunek koniunktury giełdowej. Dobrą cechą polskiej giełdy jest obecność wielu kategorii inwestorów. Tak będzie i w przyszłym roku.

W jakim kierunku pójdą w najbliższym czasie zmiany na światowych giełdach? Mówi się  o konieczności konsolidacji branży.

W tej chwili na świecie jest pięciu największych graczy: NYSE Euronext, Nasdaq-OMX i nieco mniejsi europejscy – Londyn i Frankfurt, a także azjatyckie Tokio. Widać już jednak wzrost znaczenia parkietów w Chinach, takich jak Szanghaj czy Hongkong. Na rynku będzie postępowała konsolidacja. Spodziewam się, że Niemcy po raz trzeci spróbują połączyć się z Londynem. To dla nich ważne, bo oddali sporo pola Brytyjczykom. Największe giełdy będą się też starały przejmować platformy alternatywnego obrotu (tak już zrobił Londyn), bo są one teraz dla nich największym zagrożeniem.

Czy rynki finansowe wyniosą  jakieś nauki z kryzysu? Na razie wróciliśmy do obfitych premii dla bankierów. Czy wrócimy też  do ryzykownych instrumentów finansowych?

Skala takich instrumentów, ich dostępność, będą zdecydowanie mniejsze. Tworząc różne produkty strukturyzowane, pochodne, banki nie brały pod uwagę problemów, które zdarzają się raz na kilka lat. Modele bankowe brały pod uwagę tylko dane z ostatnich kilkunastu miesięcy.

Obecnie instytucje finansowe zwiększają kapitały własne i bezpieczeństwo. Wzrasta rola regulacji i nadzoru finansowego. Wszystko wskazuje na to, że efektem bezpieczniejszego i bardziej regulowanego systemu finansowego będzie droższe i trudniejsze finansowanie gospodarki realnej.

Rozmawiał: P.R.

 

Wiesław Rozłucki: W ciągu pięciu lat mamy szansę zostać liderem regionu, mieć kapitalizację większą od Wiednia i trzech mniejszych giełd, które kupił: w Budapeszcie, Lublanie i Pradze.

Tagi


Artykuły powiązane

Zagranica lgnie na warszawski parkiet

Kategoria: Analizy
Zagranica lgnie na warszawski parkiet

W styczniu od nowa rusza prywatyzacja polskiej giełdy

Kategoria: Rynki kapitałowe
W styczniu od nowa rusza prywatyzacja polskiej giełdy

Wzrostu GPW nie tworzą nowe spółki, ale ruch cen

Kategoria: Analizy
Wzrostu GPW nie tworzą nowe spółki, ale ruch cen

Popularne artykuły

Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Kategoria:
Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Kategoria: Rynki kapitałowe
Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Bankowość pod okiem Allaha

Kategoria: Rynek bankowy
Bankowość pod okiem Allaha

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac