Autor: Sebastian Stodolak

Dziennikarz, filozof, muzyk, pracuje w Dzienniku Gazecie Prawnej.

więcej publikacji autora Sebastian Stodolak

W pandemii dochody Amerykanów… wzrosły

W gospodarce nic nie jest takie, jak się wydaje. Fala pandemicznego bezrobocia, która rozlała się po USA, nie wywołała spadku dochodów, a ich… wzrost. – To zasługa tymczasowo zwiększonych w ramach działań antykryzysowych zasiłków dla bezrobotnych. Tak miało być – mówi David Berger, makroekonomista z Duke University.
W pandemii dochody Amerykanów… wzrosły

David Berger

Obserwator Finansowy: Pandemiczne lockdowny spowodowały skokowe wzrosty bezrobocia na świecie, ale w Ameryce Północnej, tj. w USA i Kanadzie, znacznie wyraźniejsze niż w Europie. Przyczyny leżą zapewne częściowo w poziomie elastyczności rynku pracy. Co jest lepsze z punktu widzenia długoterminowego interesu pracownika – rozwiązania amerykańskie, czy europejskie?

David Berger: Jako ekonomista nie mogę dać zero-jedynkowej odpowiedzi, ale ogólnie rzecz biorąc, sytuacja w Europie jest lepsza w tym sensie, że Europa lepiej radzi sobie z konserwacją stosunków pracy na rynku, np. stosując dopłaty do wynagrodzeń. Choć w Stanach wiele z obecnych zwolnień ma charakter tymczasowy i ludzie wrócą do tej samej pracy zaraz po końcu lockdownu, to jednak nie wszyscy. Problem w tym, że nie za bardzo wiadomo, którzy. Moja żona była np. zwolniona tymczasowo, ale już do pracy wróciła. Nie każdy będzie miał taki luksus, a to tworzy dużą niepewność w ludziach. Tak naprawdę w USA decyzje pozostawiono w całości w rękach biznesu. Chociaż trwałe zwolnienie pracownika wiąże się z późniejszą i kosztowną koniecznością odbudowy “miejsca po nim”, to pandemia może skłonić firmy do ponoszenia tego kosztu. W USA pracownik przed takim ryzykiem ubezpieczony nie jest – w Europie jest.

Z drugiej strony sztuczne utrzymywanie miejsca pracy w wyniku dopłat może skończyć się źle dla europejskich firm, które nie dostosują się do zmian przynoszonych przez pandemię.

Tak, pandemia zapewne zmieni jakoś strukturę gospodarki i zapotrzebowanie na pracę. Amerykański biznes będzie z tej perspektywy bardziej zwrotny, bo jeśli będzie chciał szybko przestawić swój profil działania, będzie mógł to zrobić. W Europie może to być  trudniejsze, bo zmiana profilu będzie wymagać albo przeszkolenia pracowników, albo skomplikowanego prawnie procesu zwalniania ich i zatrudnienia nowych. Niemniej z punktu widzenia pracownika dzisiaj sytuacja w Europie jest lepsza niż w USA. Warto jednak mieć świadomość, dlaczego. W USA po prostu nie mamy doświadczenia w przeprowadzaniu interwencji antykryzysowych w europejskim stylu, co przekłada się w praktyce na brak administracyjnej zdolności do ich przeprowadzania. Jedyne, co umiemy, to walczyć z problemami za pomocą systemu świadczeń dla bezrobotnych, a żeby je otrzymać musisz być, cóż, z definicji zwolniony z pracy.

Bezprecedensowy kryzys i bezprecedensowe działania

W czasie kryzysu kwoty zasiłków w USA podniesiono?

Tak.

Istotnie?

Owszem. System jest jednak złożony. Mamy zasiłki z poziomu federalnego, niższe i – często wyższe – z poziomu stanowego. One się dodają. Stąd różnice w wysokości zasiłków są znaczne, w zależności od tego, gdzie mieszkasz. Moja żona, mieszkająca w Chicago, a więc w Illinois, dostawała 700 dolarów tygodniowo od stanu i 600 od rządu. W sumie 1,3 tys. dolarów tygodniowo. Gdyby mieszkała w Północnej Karolinie otrzymywałaby o… 500 dolarów mniej. Niektóre stany są hojne, inne nie. Mamy 50 stanów o różnym poziomie hojności, co symbolizuje wciąż żywą wiarę w amerykański federalizm i oddolność.

Jak pandemia w połączeniu z zasiłkami wpłynęła na dochody Amerykanów?

Podniosła je.

Słucham?

Statystyki pokazują, że dochody osobiste Amerykanów wzrosły o 10 proc. Właśnie w wyniku wypłaty świadczeń socjalnych. Gdy Europejczycy patrzą na USA i wysokie bezrobocie uznają to za katastrofę, a owo wysokie kryzysowe bezrobocie to tak naprawdę znak, że plan działa. Z tych administracyjnych przyczyn, o których już powiedziałem, po prostu chcemy, żeby ludzi zwalniano. Dzięki temu administracja może im pomóc. Są też badania pokazujące, że stopa zastąpienia, czyli relacja świadczeń dla bezrobotnych do ostatniej pensji, często wynosi znacznie ponad 1. To oznacza, że teraz za bycie bezrobotnymi dostają więcej niż za pracę. Ma to mieć charakter tymczasowy, ale już dzisiaj mówi się, że pandemiczne świadczenia trzeba będzie przedłużyć, jeśli kryzys dłużej potrwa. Formalnie programy pomocowe kończą się w lipcu.

Można podnieść pensję minimalną powyżej wysokości najwyższego możliwego zasiłku. Wtedy zawsze praca na rynku będzie bardziej atrakcyjna niż bezrobocie. Oczywiście, mówię to w ramach żartu.

Jasne, chociaż w praktyce nawet takie łopatologiczne rozwiązanie mogłoby być trudne. Jak powiedziałem, zasiłek to w USA kwestia właściwie lokalna. Żeby przedłużyć jego przyznawanie, trzeba uchwalić odpowiednie przepisy. Problem z tym jest taki, że… nie ma komu ich uchwalać. Urzędnicy stanowi siedzą w domach. Inna sprawa, że bez względu na to, jak rozwiążemy kwestię zasiłków dla bezrobotnych, bądź dopłat do pensji, gospodarka nie ruszy z miejsca, jeśli ludzie nie zaczną znów kupować. A póki co nie zaczynają nawet tam, gdzie lockdown się znosi.

Boją się wirusa, czy po prostu są ostrożni w wydatkach?

I to, i to. Kolejna rzecz, że wiele z biznesów, które już mogą działać, jak np. restauracje, muszą działać przy dość drastycznych ograniczeniach, co dodatkowo zaniża ich przychody. Dane z amerykańskich banków pokazują wielkie spadki w płatnościach bezgotówkowych. Pewnie w Europie jest podobnie.

W Polsce w kwietniu spadek sprzedaży detalicznej wyniósł 22,6 proc.

Właśnie. Nikt nic nie kupuje.

Wyzwania kryzysu wywołanego epidemią dla polityki gospodarczej

Wytwarzane przez celową interwencję państwa bodźce dla firm w czasie kryzysu to jedno, ale czy firmy odpowiadają na te bodźce racjonalnie? Może np. w USA fala zwolnień nie jest podyktowana chłodną kalkulacją, ale po prostu zamętem?

Firmy to ludzie, a nie abstrakcyjne byty, więc jeśli ludzie czują się w rzeczywistości zagubieni, firmy także. Najważniejszym czynnikiem decydującym o zwalnianiu bądź nie pracowników są dzisiaj przewidywania co do tego, kiedy sytuacja na rynku zacznie się polepszać. W tych branżach, w których przewiduje się, że stanie się to niedługo, zwolnienia są mniejsze. Jedyną drogą do wyjścia z kryzysu jest nakłonienie ludzi do wyjścia z domów. Co z tego, że możesz już otworzyć sklep, skoro nie masz klientów? To nawet gorzej, że możesz działać, bo znów musisz płacić czynsz.

Czy spadek stopy bezrobocia w USA będzie po pandemii tak szybki, jak jej wzrost?

To możliwe, chociaż zwykle ten proces trwa dość długo. Po ostatnim kryzysie trwał 8 lat, ale dzisiejsza specyfika zwolnień jest inna. Nastąpiły szybciej i często były wymuszone decyzją administracyjną bardziej niż realiami gospodarczymi. Dzisiaj – powtarzam – żeby bezrobocie spadło, ludzie muszą wyjść z domu. Im dłużej mamy zastój w konsumpcji, tym dłuższy będzie okres bezrobocia i bardziej drastyczne jego konsekwencje. Długotrwałe bezrobocie zniechęca np. do poszukiwania pracy, co więcej, twoje umiejętności tracą na wartości.

Swoją drogą, wielu lewicowo nastawionych ekonomistów wiąże dzisiejsze protesty w USA z pogorszeniem się sytuacji najbiedniejszych Amerykanów. Pan mówi zaś, że ich dochody wzrosły. Czy to się nie wyklucza?

Niestety, nie jestem ekspertem od buntów społecznych. Faktem jest, że w USA wybuchło coś w rodzaju powstania w reakcji na systemowy rasizm. Afroamerykanie faktycznie są prześladowani i trzeba z tym walczyć. Ale czy źródłem tych protestów jest także sytuacja gospodarcza? Nie można tego wykluczyć. Jak ustaliliśmy, poziom niepewności jest olbrzymi. To, że tymczasowo rosną dochody nie oznacza, że ludzie nie martwią się o swoją przyszłość. I tej niepewności nie zaadresowała dotąd w USA żadna rządowa polityka. Jeśli spojrzeć na protestujących to są to głównie młodzi ludzie, czyli ta grupa, w której bezrobocie jest najwyższe. Skończyli edukację w okresie ostatniej recesji, mają za sobą 10 lat przygody z niezbyt chłonnym rynkiem pracy, a obecna pandemia tylko pogłębia rozczarowania.

Potrzebne wprowadzenie stałego bodźca fiskalnego

A co z tymi, którzy pracy nie tracą? Można założyć, że też są trapieni niepewnością. Czy ze strachu przed możliwą utratą pracy ich produktywność rośnie czy maleje?

To wszystko zależy. Człowiek, jak ja, który ma mieszkanie, ma dodatkowy pokój, w którym może wykonywać telepracę, nie ma dzieci, jest w lepszej sytuacji niż ludzie wynajmujący mieszkanie i z dziećmi, które nie mogą chodzić do przedszkola czy do szkoły, bo te zamknięto. Moja produktywność może nie wzrośnie, ale też nie zmaleje. Ich raczej zmaleje, bo proszę spróbować skupić się na pracy, gdy trzeba jednocześnie zajmować się dziećmi biegającymi po domu. Co więcej, ze względu na COVID-19 nie możesz po prostu poprosić rodziców o opiekę nad dziećmi.

Pytam o produktywność nie bez powodu. Istnieje teoria, że ze względu na to, że usługi są mniej produktywne niż przemysł, a świat przestawił się na usługi, to po pandemii wzrost produktywności będzie nadal spadał, co stawia pod znakiem zapytania zdolność rządu do spłaty długów. W końcu produktywność to dochód, a dochód to podatki.

Myślę, że w sposobie dostarczania usług zajdą radykalne zmiany ze względu na wspomnianą telepracę. W medycynie na przykład, konsultacje online staną się znacznie popularniejsze. Analogiczna sytuacja ma miejsce w edukacji i oznacza nie tylko niższy koszt świadczenia usług, ale i szerszy do nich dostęp. I to akurat produktywność usług medycznych może podnieść. W długim terminie, gdy nauczymy się pracować zdalnie, zyska na tym większa ilość branż. Ale nie od razu. I ewentualne zwroty ze zwiększonej produktywności nie pokryją potrzeb podatkowych rządów.

Czy ekonomia może dać nam jakąś sensowną wskazówkę, co do tego jak orientować swoje wybory zawodowe? Mówi się, że np. pandemia przyśpieszy automatyzację.

Trudno wskazywać konkretne zawody, w które warto inwestować. Mówimy w końcu o przyszłości. Badania pokazują jednak pewne trendy w płacach odnośnie konkretnych typów profesji. Jeśli, dajmy na to, idziesz na studia na jakiś modny kierunek, z rodzaju tych, które szybko ewoluują, np. programowanie, to z początku dostajesz wyższą pensję w porównaniu do innych zawodów, ale ze względu na ową zmienność twojej profesji, ta pensja nie będzie już potem tak szybko rosła. Znów w porównaniu do reszty, oczywiście. Programista komputerowy uczy się na studiach jednego języka, potem po dwóch latach język ten przestaje być modny i musi uczyć się nowego.

Zakładając, że szczepionka na koronawirusa nie powstanie, jak należałoby kształtować politykę epidemiczną, żeby nie zabić gospodarki?

Nie jestem epidemiologiem, ale sądzę, że rozwiązania niemieckie i japońskie mogą okazać się optymalne. Tj. japońska ostrożność symbolizowana przez maski plus niemiecka pragmatyka symbolizowana przez umożliwienie powszechnego testowania populacji. Jestem zwolennikiem masowego testowania. Można by zapewnić obywatelom jakieś domowe zestawy do testów, które mogliby wykonywać np. co dwa tygodnie.

To będzie drogie.

Ale i tak wielokrotnie tańsze niż koszty paraliżu gospodarki.

Dlaczego politycy tego nie robią?

To kwestia, cóż, polityczna. Niestety, w historii mieliśmy wiele wspaniałych pomysłów, których nie wdrożono ze względu na przeszkody polityczne.

Unia Europejska nie skąpi na walkę z kryzysem

Pod znakiem zapytania stoi przyszłość międzynarodowego przepływu ludzi. My w Polsce mamy problem z deficytami na rynku pracy. Boi się pan, że wytworzą się nowe nierównowagi w tej materii, a stare się pogłębią?

Trudno powiedzieć, co się dokładnie stanie, ale na pewno będzie sporo problemów z dostępem do siły roboczej tam, gdzie musi być ona wykonywana fizycznie, na miejscu. Stąd np. w budownictwie płace mogą iść do góry. Ta tendencja będzie jednak konkurować z zastojem inwestycyjnym w nieruchomościach, który płace obniża. W USA ten rynek zamarł, trudno o kapitał. Wszystko jest “spauzowane”. Na dwoje babka wróżyła.

Gdy będziemy rozmawiać za rok, będziemy już w lepszej, bardziej stabilnej sytuacji?

Wy w Europie tak. Co do Stanów mam wątpliwości.

– rozmawiał Sebastian Stodolak

Prof. David Berger – makroekonomista i ekspert od polityki pieniężnej na Duke University (USA)

David Berger

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Bezrobocie – bez łatwych recept

Kategoria: Analizy
Bezrobocie – bez łatwych recept

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Nie pokona się kryzysu bez cięcia wynagrodzeń

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Nie pokona się kryzysu bez cięcia wynagrodzeń

Popularne artykuły

Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Kategoria:
Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Kategoria: Rynki kapitałowe
Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Bankowość pod okiem Allaha

Kategoria: Rynek bankowy
Bankowość pod okiem Allaha

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac