Autor: Bogdan Góralczyk

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, dyplomata, znawca Azji.

Promocja „made in India”, zamiast rozwoju rynku

W efekcie ogromnej aktywności premiera Modiego tylko w ciągu kilku miesięcy jego rządów w 2014 r. poziom inwestycji napływających do Indii podniósł się o 47 proc., a w tym roku będzie znacznie wyższy.  To efekt prowadzonej przez indyjskiego premiera kampanii pod hasłem Made in India. Hindusi ściągają obcy kapitał zręcznie, skutecznie, z determinacją.
Promocja 'made in India', zamiast rozwoju rynku

Bombaj (CC By NC ND Adam Cohn)

Z perspektywy innych wschodzących rynków Indie wyglądają naprawdę dobrze: szybki napływ kapitałów, wysoki wzrost PKB, a władze nastawione są na modernizację i rozwój. Z drugiej strony – niemal strukturalne bariery, np. fatalna infrastruktura, a przede wszystkim nieprzejrzystość i osobiste koneksje ważniejsze niż prawo i reguły.

Państwa grupy BRICS – Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA – które do niedawna były siłą napędową światowej gospodarki, dając po 2010 r. gros jej wzrostu, popadły w kłopoty. Zaangażowana w zbrojne konflikty Rosja płaci recesją. Brazylia boryka się z inflacją i innymi kłopotami. Chiny po krachu na giełdach coraz mocniej hamują, a RPA jest zbyt mało znacząca dla globalnych rynków. Indie pozostają na ścieżce wysokiego wzrostu.

Gdy we wrześniu 2015 roku Fed zastanawiał się, co zrobić z amerykańskimi stopami procentowymi, szef Centralnego Banku Rezerwy Indii (RBI), traktowany na scenie wewnętrznej jak guru Raghuram Rajan, stwierdził, że pójdzie w ślady Janet Yellen i też nie zmieni stóp u siebie. 10 dni później, 29 września, stopy jednakże zmieniono – i to znacząco – a takiego cięcia dokonano już po raz czwarty w tym roku. Dlaczego?

Cel możliwy do osiągnięcia

Odpowiedzi należy szukać w specjalnym wykładzie Rajana z 18 września 2015 r. na spotkaniu z biznesmenami w gospodarczej stolicy subkontynentu Mumbaju. Szef RBI ocenił wówczas, że w przeciwieństwie do innych przedstawicieli BRICS oraz wschodzących rynków w całości Indie są niczym „wyspa spokoju na oceanie”. Nadal zakłada on, że mimo trudności zewnętrznych, w tym szczególnie spowolnienia na rynku chińskim, zapowiadany na koniec tego roku 8-proc. (a więc wyższy niż 7,3 proc. z roku 2014) wzrost PKB może zostać utrzymany.

Ten ambitny cel, stawiany w trudnych warunkach zewnętrznych, może zostać osiągnięty pod warunkiem, że utrzyma się w ryzach inflację (na poziomie 3,6 proc. we wrześniu, na koniec 2015 r. może osiągnąć 5 proc.). Jak mówił Rajan we wspomnianym wykładzie, „jest to kluczowe zadanie nie tylko na dziś, lecz także na długo w przyszłości”.

Zarówno premier Narendra Modi, jak szef RBI stawiają na zrównoważony rozwój. Jak to zrobić, wyjaśniał podczas wizyty w Hongkongu pod koniec września minister finansów Arun Jaitley, powszechnie uznawany za drugą najbardziej wpływową politycznie i gospodarczo osobę w państwie, tuż po premierze.

Twierdził on, że turbulencje w Chinach nie są aż tak groźne, albowiem „Indie nie są silnie ulokowane w chińskim ciągu produkcyjnym”. Wzajemne obroty handlowe w 2014 r. niewiele przekroczyły 70 mld dol., ale z ogromnym deficytem – rzędu 40 mld dol. – po stronie indyjskiej. Uroczyście ogłaszanego podczas oficjalnych wizyt celu – 100 mld dol. na koniec 2015 r. – raczej nie da się osiągnąć. Tym samym chińskie spowolnienie, jak zapewnia Jaitley, nie ma bezpośredniego przełożenia na Indie. Ujmując to inaczej, rynek indyjski jest na tyle wielki, że poradzi on sobie, o ile tylko sam będzie zdrowy.

– W czasie kryzysu Indie mają dodatkowe szanse. Podczas gdy rynki zewnętrzne zwolniły, my mamy także wielki rynek wewnętrzny, który po spełnieniu odpowiednich wymogów może nam pozwolić na próbę przekształcenia tych niesprzyjających okoliczności w nową szansę – twierdzi wręcz Jaitley.

O jakie „odpowiednie wymogi” chodzi? Częściowo wyliczył je prestiżowy Economist Intelligence Unit w materiale opublikowanym również na łamach Obserwatora Finansowego. Wskazał tam na bariery o charakterze politycznym, biurokratycznym, jak też bezpośrednio ograniczające działalność gospodarczą, jak utrudniony dostęp do ziemi czy kapitałów. Przesłanie z tej analizy płynie jedno: mniej biurokracji, więcej liberalizacji.

Nie jest pewne, czy odpowiedzialne za gospodarkę hinduskie elity wykupią tę liberalną receptę. Jaitley stawia bowiem na zupełnie inne priorytety, niż te podpowiadane mu z Londynu. W pełni popiera charyzmatyczne rządy premiera Modiego, a tym samym opowiada się nie tylko za mantrą „więcej rynku”, lecz także za interwencjonizmem państwowym.

Kapitał szybko napływa

To dlatego priorytetem władz ma teraz być nie tyle rozwój rynku, ile stawianie na należyte przygotowanie rozpoznawalnych marek spod znaku Made in India, na wzór tych, które już podbijają świat z metką Made in China. W tym celu, jak zakłada ta strategia, mają być tworzone specjalne centra oparte na niskich kosztach pracy, aby „Indie stały się ważnym dostawcą usług na rynkach globalnych”. Tak więc oczkiem w głowie decydentów w Delhi jest teraz zarówno rozwój produkcji, w tym szczególnie towarów o wysokim zaawansowaniu technologicznym, jak też rozwój sektora usług, od bankowości i przepływów finansowych począwszy. W obu przypadkach największą rolę ma odegrać „poprawa jakości”.

Kolejny kierunek, jeszcze mocniej teraz eksponowany w wypowiedziach czołowych hinduskich polityków, to kreowanie Indii jako intratnego obszaru inwestycyjnego – o niskich kosztach (pracy, ziemi itd.). Poniekąd Indie już korzystają z „chińskiej dywidendy” i tego, że koszty pracy i produkcji w Państwie Środka w ostatnich latach zdecydowanie wzrosły, co zwiększyło konkurencyjność po stronie Indii.

Przyciąganie obcych kapitałów stało się jednym z lejtmotywów w działaniach administracji Modiego. Nawiązuje się tym samym do pierwszego okresu reform, zainicjowanego po 1992 r. przez ówczesnego ministra finansów, a w latach 2004–2014 premiera Manmohana Singha, który po raz pierwszy postawił na obce inwestycje.

Teraz ten proces bardzo przyspieszono, sięgając po niebywały, a na zewnątrz nie za bardzo dostrzeżony sukces. Właśnie w tym roku, 2015, Indie po raz pierwszy wyprzedziły pod względem ściągania do siebie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI) zarówno Chiny, jak USA. W I półroczu tego roku uzyskały w ten sposób 31 mld dol. (w I półroczu 2014 r. było to tylko 12 mld), podczas gdy Chiny i USA po 28 mld dol.

W efekcie ogromnej aktywności premiera Modiego od chwili objęcia przez niego urzędu w maju 2014 r., jego wielu podróży zagranicznych, w tym do Chin, Japonii, Europy, a także przyjmowania u siebie wielu gości z zewnątrz – tak ważnych, jak prezydenci Barack Obama, Xi Jinping, Władimir Putin, czy Shinzo Abe – i podpisywanych przy tej okazji intratnych umów, poziom inwestycji napływających do Indii w 2014 r. podniósł się o 47 proc., a w roku 2015 ten wzrost zapowiada się na jeszcze większy. To efekt prowadzonej przez indyjskiego premiera kampanii właśnie pod hasłem Made in India.

Indie to szansa

Nic dziwnego, że w ramach renomowanego – i uważnie śledzonego przez inwestorów i biznesmenów – rankingu możliwości inwestycyjnych oraz konkurencyjności prowadzonego przez Światowe Forum Gospodarcze (WEF) w Davos Indie skoczyły ostatnio o kilkanaście pozycji w górę. Według danych najnowszego z tych raportów (opublikowanego 30 września 2015) zajmują jednak nadal dość niską pozycję, bowiem dopiero 71. na 144 badane podmioty. W New Delhi traktuje się to bardziej jako wyzwanie i szansę, a nie powód do troski czy niezadowolenia.

Hindusi ściągają obce kapitały zręcznie, skutecznie i z pełną determinacją. Aż dziewięciu z dziesięciu największych inwestorów na terenie kraju (m.in. TMI, Cairn, Oracle, Merrill Lynch, Vodafone) ulokowano w raju podatkowym na Mauritiusie, uwalniając ich tym samym nie tylko od nadmiernych obciążeń podatkowych, lecz także od mitręgi biurokratycznej – ciągle jednej z najbardziej dokuczliwych barier w gospodarowaniu i inwestowaniu na terenie całych Indii.

Co ważne, na co też zwraca uwagę minister Arun Jaitley, kładzie się nacisk na to, by były to inwestycje prowadzone od początku, od fundamentów (tzw. greenfield), a nie polegające na fuzjach czy przejęciach. Tym samym – i takie jest kolejne założenie władz – podnosi się ogólny kapitał oraz możliwości produkcyjne państwa.

Przy przygotowywaniu indeksu konkurencyjności przez WEF zdefiniowano dość podobne główne problemy w gospodarowaniu na terenie Indii, jak zrobił to Economist Intelligence Unit. Zaliczono do nich przede wszystkim: korupcję, przerosty biurokratyczne, brak politycznej stabilności, szczególnie na poziomie stanów, ale także dość wysoką inflację oraz ciągle nieprzejrzysty system przepływów finansowych.

Mamy więc na tę chwilę dość sprzeczne sygnały płynące z indyjskiej gospodarki. Z jednej strony odczuwalny niemal wszędzie rozkwit, wzrost gospodarczy i napływ nowych kapitałów, z drugiej jednak niemal strukturalne w charakterze bariery, spośród których należałoby wyeksponować nadal opłakaną infrastrukturę (koleje i drogi, bo niektóre lotniska, jak te w Mombaju czy Delhi, spełniają już w pełni międzynarodowe standardy), a przede wszystkim te, które leżą w mentalności –bardziej stawia się na łapówki, nieprzejrzystość i osobiste koneksje niż przestrzeganie prawa i reguł. Wystarczy nieco przyjrzeć się indyjskim mediom i tamtejszej prasie, by się o tym przekonać, a nowi inwestorzy szybko przekonują się o tym na własnej skórze. Stąd wspomniany zabieg z rajem podatkowym na Mauritiusie.

Ogólnie jednak wydaje się, że prezes RBI ma rację, twierdząc, iż Indie są w tej chwili spokojną wsypą na wzburzonym oceanie. Patrząc z perspektywy innych wschodzących rynków, w tym tych najważniejszych, skupionych w grupie BRICS, Indie wyglądają teraz naprawdę dobrze: wysoki wzrost, szybki napływ kapitałów, dynamiczne i nastawione na modernizację oraz rozwój władze centralne z reformatorskim wizjonerem, premierem Modim na czele, muszą robić pozytywne wrażenie.

A przecież nie chodzi o zwykły kraj, lecz cały subkontynent, na dodatek jeszcze państwo, które już wkrótce – jak mówią dostępne dane i prognozy – po raz pierwszy w dziejach wyprzedzi Chiny i stanie się najludniejszym organizmem na globie. To także nominalnie siódma gospodarka świata, a licząc po kursie siły nabywczej (PPP) nawet trzecia. Rola i ranga Indii na światowej scenie gospodarczej stale i wyraźnie rośnie, a pod wodzą dynamicznego premiera Modiego (zobacz też mój tekst o „Modisatnie” – przyp. autora) nabrała jeszcze wyższej dynamiki.

Chyba warto mieć świadomość tego wszystkiego także i u nas, i skorzystać, chociaż trochę, z nowych możliwości.

Bombaj (CC By NC ND Adam Cohn)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Indie (na razie) nie aspirują do bycia potęgą w światowym handlu

Kategoria: Trendy gospodarcze
Indie chociaż dorównały Chinom pod względem liczby ludności, to ich rola w międzynarodowym handlu jest zdecydowanie mniejsza. W 2022 r. wartość indyjskiego eksportu była ośmiokrotnie mniejsza w porównaniu z chińskim eksportem.
Indie (na razie) nie aspirują do bycia potęgą w światowym handlu

Rewolucja na indyjskim rynku płatności

Kategoria: Analizy
Indie są jednym z liderów w płatnościach natychmiastowych – przesyłanych i rozliczanych w czasie rzeczywistym, w ciągu kilkunastu minut. Ich wdrażanie nabrało tempa w pandemii, a dużą rolę odgrywa w tym procesie indyjski bank centralny. Inkluzja finansowa hinduskiego społeczeństwa znacznie przyśpieszyła.
Rewolucja na indyjskim rynku płatności

Chiński syndrom w Indiach

Kategoria: Trendy gospodarcze
Indie i Chiny, dwa najludniejsze państwa świata o porównywalnym potencjale ludnościowym zwróciły większą uwagę na siebie po kryzysie finansowym i gospodarczym z 2008 roku. Wyrosły bowiem jako dwa najpotężniejsze Wschodzące Rynki i od tej pory zaczęły odgrywać coraz większą rolę na arenie międzynarodowej i to nie tylko w ramach grupy BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA) czy  G-20.
Chiński syndrom w Indiach