Autor: Paweł Kowalewski

Ekonomista w Departamencie Operacji Krajowych Narodowego Banku Polskiego; specjalizuje się w zagadnieniach polityki pieniężnej.

więcej publikacji autora Paweł Kowalewski

Ład walutowy wymaga poświęceń

Obecny system walutowy sankcjonuje swoisty egoizm narodowy państw - mówi dr Paweł Kowalewski z Biura Integracji ze Strefą Euro NBP.  Trudno o współpracę w dziedzinie monetarnej, bo wyborcy rozliczają decydentów z poprawy wskaźników wewnętrznych, takich jak bezrobocie, a ignorują problemy równowagi zewnętrznej, widoczne na przykład w deficycie na rachunku obrotów bieżących.
Ład walutowy wymaga poświęceń

Dr Paweł Kowalewski, (c) arch. autora

Obserwator Finansowy: Jak by Pan ocenił obecny stan międzynarodowego systemu walutowego?

Dr Paweł Kowalewski: Stan systemu walutowego określiłbym jako zły, dlatego że nie ma woli współpracy pomiędzy głównymi państwami. W przeszłości również z wolą do współpracy bywało różnie, ale też nie było tak dużego zapotrzebowania, by koordynować swoje działania. Powiedziałbym, że dziś mamy do czynienia z najpoważniejszymi napięciami w systemie walutowym od czasu Wielkiego Kryzysu. Oczywiście po II Wojnie Światowej bywało, że sytuacja była pod tym względem zła – rozpadł się system z Bretton Woods, były inne kryzysy. Dziś jednak sytuacja jest znacząco inna, niż w czasach Zimnej Wojny, kiedy względną jednomyślność wymuszał fakt, że potężne nawet gospodarczo państwa korzystały z parasola politycznego i militarnego dominującego mocarstwa. Dziś główni aktorzy są bardziej suwerenni w sensie politycznym. Przecież jeszcze w roku 1985, gdy doszło do porozumienia z La Plaza o powstrzymywaniu przewartościowania dolara, wszyscy uczestnicy stali właściwie po jednej stronie. Było to spotkanie G-5 (bo Kanada i Włochy wchodzące w skład G-7  nie uczestniczyły w nim), ale faktycznie ustaleń dokonywały trzy państwa – Stany Zjednoczone oraz w znacznej mierze politycznie uzależnione od Amerykanów RFN i Japonia. Znaczenie Francji i Wielkiej Brytanii było mniejsze. Różnica jest taka, że wtedy istniała wola współpracy, teraz tego nie widać. Nie ma woli współpracy pomiędzy głównymi państwami. To powoduje, że sytuacja jest rzeczywiście poważna.

Oczywiście w czasie Zimnej Wojny nie brakowało sporów gospodarczych między państwami rozwiniętymi, ale summa summarum wszyscy byli świadomi, że należą do tego samego obozu politycznego. Dziś tak nie jest, czego skrajnym przykładem są Chiny, które nikogo bać się nie muszą i budują własną strefę wpływów. Ale liczą się także inne kraje. Na przykład Brazylia, która jeszcze w latach 80. nie odgrywała żadnej roli na arenie międzynarodowej, a jeżeli było o niej głośno, to raczej za sprawą kryzysu zadłużeniowego. Teraz nawet obecnie kursujące pojęcie „wojny walutowej” zostało wymyślone przez ministra finansów Brazylii. W ogóle rola gospodarek wschodzących jest znacznie większa, co ma takie konsekwencje, że gdyby chcieć  prowadzić jakąś koordynację walutową, to trzeba by ją budować w oparciu o G-20, a nie G-8.

A potrzebna jest taka koordynacja? Dlaczego? Ze względu na dużą zmienność najważniejszych kursów w ostatnich latach?

Tu nie chodzi o same wahania kursów. W ostatnich trzech latach kurs euro/dolar kształtował się w przedziale od 1,2 do 1,6, a przed kryzysem odchylenia były podobne, czy nawet jeszcze większe. Na przykład w październiku 2000 r. euro kosztowało ledwie 83 centy amerykańskie, zaś późną jesienią 2003 już prawie 1,20 dolara. Takie wahania to norma w międzynarodowym systemie walutowym. Problem w czym innym – otóż kursy nie idą w tym kierunku, w którym powinny iść.

Czyli?

Czyli w kierunku dyktowanym przez tendencje makroekonomiczne. Większość krajów zaczęła gustować w słabych walutach. To dotyczy w szczególności Stanów Zjednoczonych, a także do pewnego stopnia Wielkiej Brytanii. Ale także inni uczestnicy międzynarodowego systemu walutowego dochodzą do wniosku, że osłabiając swoją walutę poprawią swoją pozycję kosztem innych.

Czy to się rzeczywiście opłaca?  Czy to nie jest zubażanie własnego kraju?

Jeśli patrzymy na to przez pryzmat wakacji za granicą i kosztów importowanych towarów, to oczywiście silna waluta jest naszym sojusznikiem. Ale żeby na te wakacje można było pojechać i żeby można było kupować importowane produkty, to najpierw trzeba mieć pracę. A to, czy ta praca będzie, to w dużym stopniu jest uzależnione od kursu walutowego. Jeśli kurs własnej waluty jest bardzo wysoki, to pracy może nie być, bo kraj staje się mało konkurencyjny. Oczywiście –  jeśli dzięki reformom strukturalnym równocześnie rośnie wydajność, to wzrost wartości waluty nie musi mieć jakichś przerażających skutków. Ale trzeba pamiętać, że wola wprowadzania strukturalnych reform w większości krajów nie jest zbyt duża.

Czy dążenie do osłabiania waluty oznacza, że dany kraj nie chce podjąć reform strukturalnych?

Tak. Ten argument jest bardzo często podnoszony przez Niemców.

Ta niemożność dogadania się krajów trwa już jakiś czas, prawda? Robert Mundell twierdzi na przykład, że od upadku systemu z Breton Woods żyjemy w non-systemie, czyli w takiej sytuacji, w którą wbudowany jest brak podstawowych zasad koordynacji polityki między głównymi aktorami.

To nie jest jedynie zdanie Mundella. W literaturze często określa się system wielodewizowy jako non-system. Ale non-system nie jest czymś przypadkowym, tylko pochodną upodobań społeczeństw zachodnich, które koncentrują się na własnych problemach, chcą zaspokojenia własnych potrzeb i nie są gotowe do rezygnacji z nich w imię osiągnięcia równowagi globalnej. Non-system sankcjonuje swoisty egoizm narodowy. Dlatego tak trudno o współpracę państw w dziedzinie walutowej. Bo taka współpraca potrzebna jest po to, żeby była równowaga zewnętrzna, a nie po to, żeby ten czy inny kraj mógł poprawić swoje wskaźniki gospodarcze. Tymczasem w dla polityków, w większości przypadków, problemem nie jest równowaga zewnętrzna, tylko równowaga wewnętrzna. Wyborca rzadko będzie rozliczał polityka z tego, czy jest nadwyżka na rachunku obrotów bieżących. Będzie go rozliczał z tego, jakie jest bezrobocie.

Ale przecież taki system walutowy – jakikolwiek by on był – ustanawia się nie po to, aby się ktoś na jego rzecz poświęcał, ale po to, by wszyscy mogli zeń w długim okresie czerpać korzyści!

Mogę tylko powtórzyć, że rządy nie są skłonne do zrezygnowania z krótkoterminowego priorytetu równowagi wewnętrznej. Jednak żyjemy w globalnej gospodarce i jeśli będziemy myśleć tylko o swoich własnych, krajowych gospodarkach, to może dojść do chaosu i do kryzysu. Aby do takiego ryzyka nie dopuścić potrzebna jest koordynacja polityk walutowych, której wstępnym warunkiem jest zgoda na ograniczenie celów wewnętrznych.

Czy w debacie ekonomistów pojawiają się jakieś propozycje rozwiązania problemów kreowanych przez non-system?

Nie wiem, czy są już jakieś konkretne rozwiązania. Wydaje mi się jednak, że aby w ogóle miały sens, potrzebna jest najpierw zmiana mentalności społeczeństw. Na przykład tak długo, dopóki Niemcy będą mieli zakorzenione tendencje do oszczędzania, trudno wyobrazić sobie rozwiązanie, które usunie tak sformułowany problem. Wszelkie usiłowania pobudzenia popytu wewnętrznego mogą się zakończyć fiaskiem. To samo dotyczy Amerykanów, w przypadku których potrzebne byłoby wykorzenienie mentalności życia na kredyt. Z kolei Chińczyków trzeba by zachęcić do większego wydawania pieniędzy. A osiągnięcie tego celu nie będzie łatwe, póki w Chinach nie ma sprawnie działającego systemu opieki społecznej. Chińczyk wie, że jeśli sam nie zaoszczędzi, to nikt o niego nie zadba.

Jeżeli to jest prawdą, to znaczy jeżeli naprawa międzynarodowego systemu walutowego rzeczywiście wymaga najpierw zmiany mentalności społeczeństw, to po co nam w ogóle ekonomiści, którzy potrafią tylko zaproponować rozwiązania rozsądne, ale politycznie nierealistyczne?

To jest bardzo prowokacyjne pytanie. Mogę tylko odpowiedzieć w ten sposób, że ekonomia jest swoistego rodzaju dżunglą i bez pomocy ekonomistów, politycy by się w niej pogubili. Tych przewodników po dżungli jest wielu, jeden to robi lepiej, drugi gorzej, a ostatnio wiele wskazówek udzielanych przez ekonomistów okazało się nietrafnych. Ale uczymy się całe życie. Myślę, że nie warto tracić wiary w to, co mówią ekonomiści.

Rozmawiał: Krzysztof Nędzyński

Dr Paweł Kowalewski jest dyrektorem Biura Integracji ze Strefą Euro Narodowego Banku Polskiego. Wyrażonych opinii nie należy utożsamiać ze stanowiskiem instytucji, w której pracuje.

Dr Paweł Kowalewski, (c) arch. autora

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Jak jednoczyła się Europa

Kategoria: Instytucje finansowe
Jak jednoczyła się Europa

OFE, czyli całe ryzyko na plecach podatnika

Kategoria: Analizy
OFE, czyli całe ryzyko na plecach podatnika

Pieniądz sam sobą nie pokieruje

Kategoria: Analizy
Pieniądz sam sobą nie pokieruje

Popularne artykuły

Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Kategoria:
Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Kategoria: Rynki kapitałowe
Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Bankowość pod okiem Allaha

Kategoria: Rynek bankowy
Bankowość pod okiem Allaha

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac