Iain Begg: W polityce fiskalnej nie ma łatwych wyborów

Kłopot z polityką pieniężną polega na tym, że czasami tworzy się ją zbyt szybko. Uzgadnianie polityki fiskalnej trwa znacznie dłużej – mówi profesor Iain Begg, z London School of Economics and Political Science.

„Obserwator Finansowy”: Powiedział Pan, że często zbyt dużo się oczekuje od polityki pieniężnej strefy euro. Co Pan miał na myśli? 

Iain Begg: Kłopot z polityką pieniężną polega na tym, że czasami tworzy się ją zbyt szybko. Uzgadnianie polityki fiskalnej trwa znacznie dłużej. W sytuacjach kryzysowych polityka pieniężna staje przed jedną jedyną opcją uporania się z kryzysem. Widzieliśmy to w 2009 roku, potem znów podczas europejskiego kryzysu zadłużeniowego i za każdym razem tam, gdzie istnieje, polityka pieniężna spieszy na ratunek, ponieważ przywódcy polityczni nie potrafili uzgodnić właściwej reakcji fiskalnej.

Czy jest jakiś złoty środek pomiędzy dobrą polityką fiskalną a polityką pieniężną? Czy jest w ogóle możliwe stworzenie takiej polityki?

Mamy przykłady tego, co dobrze działa. W latach 70. XX wieku w Stanach Zjednoczonych, na przykład, była bardzo wysoka inflacja, a w latach 80. prowadzono bardzo rygorystyczną politykę pieniężną oraz bardzo luźną politykę fiskalną. Reagan, chociaż był konserwatystą, był prezydentem, który prowadził ekspansywną politykę fiskalną. Jednocześnie Volcker, prezes Rezerwy Federalnej, stosował rygorystyczną politykę pieniężną. Z dokładnie przeciwnym przykładem mieliśmy do czynienia w USA za rządów Clintona i Greenspana. Clinton prowadził rygorystyczną politykę fiskalną, a Greenspan – bardzo luźną politykę pieniężną. Wydaje się, że to działa. To może działać w dużej gospodarce takiej jak Stany Zjednoczone, ale z drugiej strony mamy ekstremalny kontrprzykład. Niestety w moim kraju, Wielkiej Brytanii, kiedy w zeszłym roku pewna osoba pełniła funkcję premiera przez całe siedem tygodni, podczas których zdołała zepsuć gospodarkę, próbując prowadzić politykę fiskalną o przeciwnym kierunku do polityki pieniężnej, to reakcja rynków brzmiała: „Nie, tak nie można robić”. Dlatego właśnie Liz Truss i jej minister finansów Kwasi Kwarteng popadli w poważne kłopoty.

Jakie są najskuteczniejsze ramy fiskalne? Czy możemy wskazać pewne reguły?

Na podstawie moich ostatnich badań powiedziałbym, że mamy bardzo dobitne przykłady w Szwecji, Danii i w Holandii. Kraje te stosują względnie łagodne zasady fiskalne w połączeniu z dłuższą perspektywą czasową oraz w dużym stopniu polegają na tzw. regule wydatkowej mówiącej, o ile powinny wzrosnąć wydatki nie tylko w ciągu jednego roku, lecz w ciągu całej kadencji parlamentu. Negocjują to w pewnym sensie, tak że każdy jest pewien tego, co się dzieje, a skoro każdy jest pewien tego, co się dzieje, łatwiej jest negocjować poszczególne składniki wydatków i znaleźć rozwiązanie. Ale mamy też nietypowe przykłady, które mogą nie być oczywiste dla Europejczyków. Nowa Zelandia ma skuteczne ramy fiskalne, a słowo kluczowe, które pojawia się u nich na stronie internetowej, gdy jest mowa o najlepszej metodzie na to, brzmi: przejrzystość. Jeżeli każdy rozumie, co inni próbują osiągnąć, powstają takie ramy, w których wszystko może działać dobrze. Myślę, że to kontrastuje z ramami fiskalnymi w Wielkiej Brytanii, którym się ostatnio przyglądałem i które uważam niemalże za kpinę. Aktualna reguła fiskalna w Wielkiej Brytanii mówi, że dług publiczny netto powinien zacząć spadać za pięć lat. Przecież to w ogóle nie jest wiążące, szczególnie, że w kolejnym komunikacie usłyszymy: „To mi się nie podoba, zmieniam to”.

Powiedział Pan, że polityka fiskalna ma sens tylko wtedy, gdy rządy poczuwają się do dokonywania trudnych wyborów. Co miał Pan na myśli?

Muszą powiedzieć swoim resortom z największymi budżetami: „mamy taką a taką sumę na wydatki” i musicie uzgodnić między sobą, kto ile dostaje z tej sumy. Nie można postąpić tak, jak – znów posłużę się przykładem brytyjskim – zrobił Boris Johnson, kiedy był premierem, czyli powiedział „tak” wszystkim, dlatego że jeśli mówimy „tak” wszystkim, deficyt budżetowy i dług rosną. Zatem polega to na dokonywaniu trudnych wyborów przez poszczególne resorty – nie możemy zbudować nowej drogi, nie możemy wybudować nowego szpitala lub czegoś podobnego, ale też wyborów między resortami, mówiąc na przykład, że zdrowie jest większym priorytetem niż infrastruktura. To trudny wybór, bo każdy by się zgodził, że potrzebujemy obu. Jednak jeśli budżet jest ograniczony, trzeba dokonać wyboru.

To znaczy, że faktycznie wybór zależy od kierunku polityki? To, czym się kierujemy, jest wyborem moralnym.

No cóż, to wybór moralny, ale także polityczny, ponieważ przeważnie rząd przychodzi i mówi „Oto nasz program na to, co proponujemy zrealizować podczas kolejnej kadencji parlamentu”, lecz jeśli nie mogą zrobić wszystkiego, będą musieli wybierać pomiędzy priorytetami. Tak więc może być priorytet numer jeden, którym w aktualnym kontekście w Polsce jest obrona, którą chcemy zwiększyć. Jeśli bierze się pieniądze na obronę, nie podnosząc przy tym podatków, wówczas z definicji trzeba obniżyć środki przeznaczone na coś innego. To jest kwestia względna, nie absolutne obniżenie, tylko stwierdzenie „ w co chcemy zainwestować dodatkowe wydatki, które możemy zwiększyć”.

Czy jednak możemy powiedzieć, że powstaje dylemat pomiędzy – krótko mówiąc – inwestowaniem a konsumpcją?

To się nie sprowadza do prostego dylematu inwestycje czy konsumpcja, gdyż konsumpcja ma bardzo szerokie znaczenie. W rachunkach narodowych na przykład edukację zalicza się do konsumpcji. Natomiast pan lub ja pewnie pomyślelibyśmy: nie, edukacja powinna być inwestycją. Jednak wysokość wydatków na edukację w kategoriach rachunków narodowych wzrasta i podwyższa konsumpcję. W ten sam sposób obrona jest inwestycją – inwestycją w bezpieczeństwo, lecz jest to coś, co się uznaje za wydatki bieżące. Tymczasem, jeśli mówimy o inwestycjach publicznych w infrastrukturę, to jest oczywiste, że to są inwestycje. A więc mamy problem z definicjami w zakresie standardów rachunkowości narodowej oraz z celem politycznym.

 

Moje ostatnie pytanie dotyczy demografii. Demografia w Europie jest tykającą bombą i czasem widzimy migrację jako lekarstwo, które jest gorsze od choroby. Jak to wpłynie na nas? Czy istnieje jakieś rozwiązanie tego dylematu?

Nie ma łatwego rozwiązania, ponieważ jeżeli mówimy o starzejącej się populacji w większości krajów europejskich, oznacza to całe rzesze starszych osób zależnych od populacji w wieku produkcyjnym. Zaś populację w wieku produkcyjnym można powiększyć albo poprzez aktywizację większej grupy ludzi, albo poprzez wykorzystanie jakiejś formy imigracji. Pod tym względem to zupełnie proste, ale jeśli chcemy zmniejszyć wydatki na populację niepracujących, musimy zrobić coś z ich świadczeniami emerytalnymi. Musimy powiedzieć: „wzrost emerytur będzie musiał być wolniejszy niż, powiedzmy, wzrost przeciętnego wynagrodzenia”. W przeciwnym razie czeka nas niestabilność fiskalna.

Rozmawiał Grzegorz Jeż

 

Rozmowa odbyła się 20 października 2023 r.

 

Otwarta licencja


Tagi