Autor: Ewa Cieślik

Adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu; specjalizuje się w chińskim rynku finansowym.

Chińskie Big Techy, czyli między młotem a kowadłem

Wydawać by się mogło, że nadeszły lepsze czasy dla chińskich Big Techów. To jednak tylko pozory. Pekin osiągnął to, co chciał – zdobył kontrolę nad prywatnymi platformami technologicznymi, więc dalsze restrykcje tracą już sens. USA coraz mocniej uderzają na-tomiast w chińską branżę technologiczną. Wszystko to może zniszczyć marzenia Pekinu o dominacji na świecie w technologiach kluczowych.
Chińskie Big Techy, czyli między młotem a kowadłem

(©Envato)

Chiński sektor technologiczny zamknął trzeci kwartał ub.r. z mieszanymi wynikami finansowymi. Widać, że nie wszystkie firmy radziły sobie z rosnącymi wyzwaniami. Niektóre z nich, jak SIMC czy ZTE, poniosły spore straty. Inne, takie jak JD.com, Huawei czy Xiaomi odnotowały nieznaczne wzrosty (odpowiednio 1,6, 1 i 0,6-procentowy wzrost przychodów rok do roku). Trochę lepiej zamknęły kwartał BAT (Baidu, Alibaba i Tencent) czy NetEase (wzrosty w granicach 6–12 proc.). Tylko niektóre, takie jak Didi czy ByteDance, mogą cieszyć się z wyników (odpowiednio prawie 27 proc. i 40 proc.). Co stoi za taką sytuacją? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że głównym winowajcą są USA i nakładane przez nie restrykcje na transfer technologii do Chin. Możliwe jest jednak to, że kluczowy cios w branżę wyprowadził sam Pekin.

Pekin idzie na wojnę z Big Techami

Chińskie restrykcje nakładane na prywatne firmy technologiczne mają twarz założyciela Alibaby – Jacka Ma, który swoimi wypowiedziami rozzłościł władze. Miliarder został przykładnie ukarany, a jego firmie mocno uszczuplono majątek. O represjach względem innych przedsiębiorstw aż tak wiele nie dyskutowano, co nie znaczy, że nie wystąpiły. Oberwało się nie tylko gigantom, czyli Baidu, Alibabie, Tencentowi, Xiaomi czy Didi, ale obostrzenia dopadły także wyglądające dość niewinnie Meituan (chiński Grupon) czy Xiaohongshu (chiński Instagram).

Zobacz również:
https://www.dev.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/klopoty-jedynowladztwa/

Prywatne firmy technologiczne w postrzeganiu Pekinu stanowią zagrożenie dla szeroko rozumianych wpływów partii na gospodarkę i społeczeństwo. Pod płaszczykiem sloganu „niekontrolowanej ekspansji kapitału” władze od dwóch lat na różne sposoby uprzykrzają im życie. Wstrzymywano bowiem emisje akcji na chińskich i zagranicznych parkietach. Nakładano kary za prowadzenie działań monopolistycznych. Odmawiano licencji na sprzedaż. Zakazywano fuzji, a nawet rejestracji nowych użytkowników. Firmy są zmuszane do przekazywania datków na rzecz funduszy tzw. „wspólnego dobrobytu”, co w rzeczywistości oznacza transfer środków z sektora prywatnego do podmiotów państwowych.

Restrykcje wprowadzane przez Pekin uderzyły bezpośrednio w majątki właścicieli firm. Niektórzy zostali pozbawieni udziałów w swoich własnych spółkach. Dla przykładu, wspomniany Jack Ma musiał zredukować udziały w Alibabie do około 5 proc. (był udziałowcem większościowym). Ograniczenia dotknęły też drobnych akcjonariuszy. Chińczycy w ostatnich latach ochoczo inwestują na giełdzie, a IPO spółek technologicznych mogło stać się dla wielu drogą do powiększenia majątku. Nierzadko zaciągali pożyczki na zakup akcji firm, które do niedawna uważano za pewniaki. Pekin wstrzymując emisje akcji, ukrócił możliwości szybkich zarobków z giełdy.

Kampania władz nie zakończyła się na uszczupleniu firmowych skarbców i ograniczeniu obywatelom możliwości wzbogacenia się. Prawdopodobnie ważniejsze od pieniędzy dla partii jest zachowanie pełnej kontroli nad firmami technologicznymi, co szybko odbiło się na ładzie korporacyjnym tych podmiotów. Pekin wprowadził swoich ludzi do spółek, a także stał się właścicielem specjalnych akcji (tzw. złota akcja), które przyznają spore możliwości oddziaływania na firmę, w tym opcję zgłaszania weta w przypadku strategicznych decyzji. Ponadto w wielu spółkach technologicznych (i nie tylko) funkcjonują komitety partyjne zrzeszające pracowników, którzy zapisali się do Komunistycznej Partii Chin. Chociaż firmy starają się uspakajać inwestorów, że ich powiązania z władzą są nieszkodliwe dla ich biznesów. Inwestorzy nie dają jednak wiary tym tłumaczeniom, co widać po spadkach notowań spółek.

Nie można pomijać jeszcze jednego aspektu kontroli Pekinu nad gigantami technologicznymi, jakim jest szeroki dostęp do danych, które zbierają platformy. Władze usilnie zachęcają obywateli, aby korzystali z nowych technologii. Obecnie szacuje się, że około miliard Chińczyków korzysta z Internetu. Zgromadzone przez największych graczy niejednokrotnie wrażliwe dane obywateli stanowią ogromną bazę, z której władze mogą korzystać na różne sposoby. I tak dla przykładu, krótkoterminowo pewne braki technologiczne w uczeniu maszynowym mogą równoważyć dużą ilością danych wejściowych, co daje sporą przewagę nad Zachodem.

Cienka linia

Granice między polityką a biznesem w Chinach ponownie się zacierają, a inwestorzy coraz częściej zastanawiają się nad poziomem autonomii prywatnych firm. Dla wielu analityków początkiem końca własności prywatnej była reforma sprzed dekady, która zezwalała na dokonywanie prywatnych inwestycji w państwowych podmiotach. W zamierzeniu prawodawców miało to wspierać firmy państwowe ciężko radzące sobie na coraz bardziej konkurencyjnym i nastawionym na innowacyjność rynku. Z czasem okazało się jednak, że kapitały wcale nie płynęły z podmiotów prywatnych do państwowych, ale odwrotnie – coraz częściej przedsiębiorstwa państwowe stawały się udziałowcami firm prywatnych. Obecnie coraz trudniej rozróżnić, czy podmiot jest jeszcze prywatny, czy już państwowy. Ratunkiem w definiowaniu takich przedsiębiorstw jest własność mieszana, jednak poza kwestiami porządkującymi, kategoria ta niewiele daje inwestorom, a tylko zwiększa ich niepokój.

Zobacz również:
https://www.dev.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/niemcy-nie-zrywaja-z-chinami/

Należy też podkreślić, że dopuszczenie kapitału państwowego opłacało się wielu firmom prywatnym. W ten sposób uzyskały zastrzyk finansowy, a nierzadko też dostęp do lepszego kredytu, dotacji czy szybszą licencję. Współpraca biznesu z państwem pozwoliła na rozwój wielu branż technologicznych. Ponadto w wielu innowacyjnych dziedzinach niezbędna jest kooperacja z władzami, gdyż należy wypracować reguły działania.

USA zamykają drzwi

Kolejny cios w chiński sektor technologiczny przyszedł z USA. Branża, niegdyś magnes dla amerykańskiego kapitału, obecnie doświadcza znacznego ograniczenia jego napływu z powodu eskalacji napięć geopolitycznych. W ciągu ostatnich dwóch lat inwestorzy ograniczyli zaangażowanie, co odbiło się na ogólnych nastrojach w gospodarce.

Waszyngton wydał w sierpniu zakaz nowych inwestycji amerykańskich w Chinach ukierunkowanych na AI, zaawansowane półprzewodniki i kwantowe technologie informacyjne. Obejmuje to wszelkie inwestycje portfelowe, private equity, venture capital, joint venture i inwestycje od podstaw. Oszacowano, że zeszłoroczne amerykańskie inwestycje bezpośrednie płynące do Chin osiągnęły najniższy pułap od dwóch dekad. Natomiast inwestycje wysokiego ryzyka spadły do najniższego poziomu w ostatniej dekadzie.

Nie oznacza to jednak, że Chiny przestały być atrakcyjne. Nadal przyciągają sporymi stopami zwrotu (w ostatnich 5 latach kształtowały się w okolicach 9 proc.). Przytłaczająca większość inwestycji przynosi zyski. Nawet jeżeli wyniki gospodarcze Kraju Środka już nie są tak spektakularne, to i tak będą wyższe niż w wielu krajach rozwiniętych. Chociaż inwestorzy amerykańscy mają ograniczone możliwości lokowania kapitału w branży technologicznej, to nadal pozostaje im szeroki wachlarz dynamicznie rozwijających się sektorów.

Pozorne łagodzenie

Z początkiem 2024 r. zauważono pewną odwilż w relacjach Pekin-Big Techy. Wymusiła ją komplikująca się sytuacja branży technologicznej. Po pierwsze, nasilający się spór z USA oraz rozlewanie się tego konfliktu na innych technologicznych partnerów Chin. Po drugie, słabsze od oczekiwań ożywienie po pandemii. Po trzecie, częściowe fiasko chińskich programów samowystarczalności technologicznej. Nawet sami Chińczycy przeprowadzają badania ukazujące, że program „Made in China 2025” nie pobudził innowacyjności w stopniu, jaki zakładano. Dodatkowo problemy demograficzne i niski wzrost produktywności nie pomagają gospodarce.

Zobacz również:
https://www.dev.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/niełatwy-dylemat-demograficzny-chin/

Wszystko to sprawiło, że Pekin zdał sobie sprawę, że powinien elastycznie postępować względem firm technologicznych, gdyż są one sprzymierzeńcem w wyścigu technologicznym kraju z USA. Dał temu wyraz premier Li Qiang podczas marcowego Chińskiego Forum Rozwoju. „Polityka łagodzenia” współgra z koncepcją „nowej industrializacji”, która ma wspomagać rozwój przemysłu szczególnie w kontekście osiągnięcia samowystarczalności technologicznej. Koncentrując się na zaawansowanej produkcji, bezpiecznych łańcuchach dostaw i rozwoju podstawowych technologii, industrializacja ma pobudzić chińską konkurencyjność i pozycję we wiodących innowacyjnych sektorach.

Pekin osiągnął już to co chciał – uzyskał kontrolę nad Big Techami. Teraz będzie mu znacznie łatwiej zdusić każdy przejaw ich zbyt dużych wpływów. Natomiast na horyzoncie jawi się ważniejszy cel – wygrać wyścig technologiczny z USA. Do jego osiągnięcia niezbędne są działające w sposób nieskrępowany innowacyjne firmy. Pojawia się wątpliwość, czy chińskie podmioty technologiczne nie stracą na kreatywności, jeżeli będą pod ścisłą kontrolą Pekinu. Stąd dylemat dla władz chińskich, co jest ważniejsze – utrzymanie silnych wpływów w gospodarce kosztem możliwego zduszenia innowacyjności czy podjęcie rywalizacji z USA za cenę częściowej utraty kontroli nad Big Techami. Ciekawe, czy wygra pragmatyzm.

(©Envato)

Otwarta licencja


Tagi