Autor: The Economist

Jak ochronić światowe bezpieczeństwo żywnościowe?

Potencjalne zakłócenia spowodowane pandemią mogłyby doprowadzić do powtórki kryzysu żywnościowego z lat 2007-2008. Jednakże, choć większość świata jest obecnie bardziej uzależniona od importu niż wtedy, to zarazem podstawy światowego systemu żywnościowego są obecnie znacznie bardziej solidne.
Jak ochronić światowe bezpieczeństwo żywnościowe?

Pod koniec stycznia Chiny zakazały zorganizowanych wycieczek zagranicznych w okresie przerwy świątecznej z okazji nowego roku księżycowego.

Ta decyzja wywołała atak zimnych potów u Davida Parkera, ministra handlu Nowej Zelandii.

O ile spadek liczby turystów był rozczarowaniem sam w sobie, zakaz oznaczał również, że samoloty, które nie przywiozły turystów w jednym kierunku, nie zabiorą ze sobą płodów rolnych w kierunku powrotnym.

To było znacznie bardziej niepokojące, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Chiny są dla Nowej Zelandii największym odbiorcą produktów spożywczych, które są jej najważniejszym towarem eksportowym.

Import podstawą wyżywienia

W związku z tym, kiedy linie lotnicze zaczęły uziemiać swoje samoloty, rząd zawarł z Air New Zealand porozumienie na mocy którego linia lotnicza otrzyma pożyczkę w zamian za utrzymanie tras do Chin, Singapuru i Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu owoce kiwi i inne artykuły żywnościowe będą mogły dotrzeć do wszystkich zakątków świata, nawet jeśli kabiny pasażerskie znajdujące się nad przestrzeniami ładunkowymi pozostaną puste.

Minister Parker zaproponował również wsparcie dla linii lotniczych zarejestrowanych w państwach Bliskiego Wschodu. „Trudno jest uprawiać niektóre z rzeczy, które tam jedzą” – stwierdził Parker. „W związku z tym istniało wzajemne zainteresowanie utrzymaniem łączności”.

Cztery piąte osób zamieszkujących naszą planetę żywi się częściowo jedzeniem importowanym. 

Łączność jest podstawą funkcjonowania światowego kompleksu rolno-przemysłowego. Cztery piąte spośród zamieszkujących naszą planetę ośmiu miliardów osób żywi się przynajmniej w jakimś stopniu jedzeniem importowanym z innych krajów.

W ubiegłym roku zapłacono za te produkty 1,5 biliona dol., czyli trzykrotnie więcej niż w 2000 roku. Bataliony samochodów ciężarowych i floty statków łączą dziesiątki milionów gospodarstw rolnych z setkami milionów sklepów i kuchni.

Z powodu wysokiego poziomu wyrafinowania tego systemu oraz przezorności uczestniczących w nim graczy, takich jak choćby minister Parker, jak do tej pory system żywnościowy uniknął negatywnych konsekwencji pandemii COVID-19 zarówno po stronie podaży, jak i popytu.

Udało się to dzięki zręcznemu wymienianiu źródeł zaopatrzeniowych i przekierowywaniu łańcuchów dostaw. Jak dotąd w tym roku ceny większości podstawowych produktów żywnościowych spadały.

Wąskie gardła

Z powodu skomplikowanej architektury światowego systemu żywnościowego, istnieje w nim wiele potencjalnych wąskich gardeł, a globalne dyslokacje związane z pandemią doprowadziły do ujawnienia pewnej części z nich.

W przypadku niektórych poradzono sobie całkiem dobrze. Ogromne kolejki ciężarówek obserwowane w Europie Środkowej w marcu, kiedy na dobre rozprzestrzeniły się obawy odnośnie kierunków, z których napływali podróżujący, zostały w znacznej mierze wyeliminowane przy pomocy przyspieszonych kontroli.

Inne ujawnione problemy nie zostały jeszcze w pełni rozwiązane, tak jak w przypadku ograniczenia zdolności produkcyjnych w sektorze przetwórstwa mięsnego w Stanach Zjednoczonych wskutek zamknięcia lokalnych rzeźni.

Jednak największym problemem nie są wcale wąskie gardła w światowym systemie żywnościowym. Jest nim potencjalny wpływ, jaki będzie miała na konsumentów obniżka lub całkowita utrata dochodów prawie miliarda osób.

Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że w wyniku konsekwencji gospodarczych wywołanych pandemią COVID-19 w ciągu tego roku liczba ludzi cierpiących z głodu podwoi się, osiągając poziom 265 milionów osób.

Na ten problem nie są odporne także kraje rozwinięte. W Stanach Zjednoczonych kolejki przed bankami żywności w niektórych miastach ciągną się kilometrami. W tych okolicznościach nawet niewielkie dyslokacje w światowym systemie żywnościowym mogłyby doprowadzić do ogromnego cierpienia w wyniku dalszego wzrostu cen.

Skala globalna

Mimo że gospodarstwa rolne są z natury lokalne, znaczna część pozostałych elementów składowych przemysłu spożywczego ma charakter globalny. Dostawy nasion, nawozów, maszyn i paliw, których potrzebują rolnicy, pochodzą z odległych miejsc.

Firmy, które utrzymują powiązania wewnątrz tego systemu — czyli ogromni pośrednicy tacy jak amerykańskie firmy Archer Daniels Midland (ADM), Bunge oraz Cargill, a także Louis Dreyfus z siedzibą w Królestwie Niderlandów oraz Olam International z siedzibą w Singapurze — działają w skali globalnej, pozyskując, składując oraz transportując produkty rolne dla producentów żywności takich jak Kraft czy Unilever.

Dzięki swoim rozmiarom oraz globalnemu zasięgowi firmy te mogą zarabiać dużo pieniędzy pomimo dość niskich marż. Są one w stanie szybko zamienić jedno źródło zaopatrzenia innym w celu dostosowania do zmian w podaży lub popycie, dzięki czemu możliwe jest wygładzanie wahań cen i utrzymanie elastyczności całego systemu.

Połowa rynku produkcji mięsa drobiowego w USA jest kontrolowana przez cztery firmy.

W ciągu ostatnich 20 lat w tej branży doszło do znacznego wzrostu koncentracji własności, w miarę jak kolejne firmy dążyły do uzyskania korzyści skali. Połowa rynku produkcji mięsa drobiowego w Stanach Zjednoczonych — największego na świecie — jest obecnie kontrolowana przez zaledwie cztery firmy.

Dwie spośród sześciu największych fuzji w drugiej dekadzie XXI wieku miały miejsce pomiędzy firmami z branży żywności i napojów. Wielkie przedsiębiorstwa z branży produkcji żywności rozwinęły się także na rynkach wschodzących, gdzie zmiany preferencji żywieniowych oraz procesy urbanizacji prowadzą do znacznego wzrostu popytu.

Brazylijski koncern JBS jest obecnie największą firmą z sektora przetwórstwa mięsnego na całym świecie. Tymczasem największy chiński producent żywności, COFCO, w ramach zabezpieczania dostaw zbóż do Pekinu przejął całe grono zagranicznych przedsiębiorstw o ugruntowanej pozycji rynkowej.

Ogromne rozmiary pozwalają firmom żywnościowym na zwiększanie efektywności oraz zapewniają im zdolność do absorpcji wysokich kosztów stałych. W rezultacie tych procesów, cały system robi się coraz bardziej wyrafinowany.

Farmy produkujące żywność na całym świecie stały się bardziej kapitałochłonne. Autonomiczne traktory przemierzają obecnie olbrzymie pola, a obsługą ładunków coraz częściej zajmują się maszyny.

Zdjęcia satelitarne, coraz częściej analizowane przy pomocy sztucznej inteligencji, umożliwiają śledzenie na bieżąco statków oraz burz atmosferycznych, a także pozwalają na oszacowanie wielkości plonów w danym sezonie.

Złożone sieci produkcji

W wyniku tego wysokiego poziomu wyrafinowania, sieci produkcyjne mogą być obecnie bardzo złożone. Podobnie jak ma to miejsce w przypadku branży samochodowej, żywność jest często produkowana blisko docelowego konsumenta ze składników pochodzących z całego świata.

Ukraińska pszenica, zmielona na mąkę w Turcji, może być wykorzystywana do produkcji makaronu w Chinach. Frank van Lierde, który kieruje działem składników spożywczych oraz produktów bioprzemysłowych w koncernie Cargill, twierdzi, że działalność jego firmy jest obecnie „znacznie bardziej zróżnicowana pod względem geograficznym” niż 20 lat temu. W przyszłym roku firma otworzy w Brazylii fabrykę produkującą pektynę, czyli stosowany do zagęszczania dżemów i jogurtów ekstrakt ze skórek pomarańczy, który będzie sprzedawać na całym świecie.

Większość krajów jest obecnie bardziej uzależniona od importu, niż była 20 lat temu.

Ta globalizacja oznacza, że większa liczba państw jest uzależniona od importu. Analiza przeprowadzona dla The Economist przez Josefa Schmidhubera oraz Binga Qiao z Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organization of the United Nations, FAO) wskazuje, że większość krajów jest obecnie bardziej uzależniona od importu, niż była 20 lat temu.

Z tego powodu wielu obserwatorów obawia się, że potencjalne zakłócenia spowodowane pandemią COVID-19 mogłyby doprowadzić do powtórki kryzysu żywnościowego z lat 2007-2008, kiedy to gwałtowny wzrost cen został dodatkowo zaostrzony w wyniku panicznej reakcji rządów.

W rezultacie około 75 milionów ludzi zostało zepchniętych poniżej progu głodu, co doprowadziło do wybuchu zamieszek od Bangladeszu i Burkina Faso aż po Mauretanię i Meksyk, a także przyczyniło się do powstania warunków, w których wybuchła później wojna domowa w Syrii.

Jednakże choć większość świata jest obecnie bardziej uzależniona od importu niż wtedy, to zarazem podstawy światowego systemu żywnościowego są obecnie znacznie bardziej solidne. Jak wskazuje Caitlin Welsh z think-tanku CSIS, rok 2007 cechował się nieurodzajem w zbiorach pszenicy w Australii i Europie oraz podobnie słabymi zbiorami kukurydzy w Stanach Zjednoczonych. Poziomy zapasów zbóż były wówczas najniższe od 1973 roku.

Ceny ropy były bardzo wysokie, co podnosiło koszty wytworzenia nawozów oraz dowiezienia żywności na rynki. Skutkowało to także wzrostem popytu na niektóre produkty, takie jak kukurydza i cukier, które mogą być wykorzystywane jako surowce do produkcji biopaliw.

Alternatywne kanały dystrybucji

Obecnie zapasy zbóż są dwukrotnie większe niż wtedy. Transport towarów luzem jest 20 razy tańszy, a ropa naftowa kosztuje obecnie tylko ok. 30 dol. za baryłkę. To sprawia, że wszelkiego rodzaju wkłady produkcyjne są tańsze, a dodatkowo obniża to jeszcze ceny surowców do produkcji paliw, takich jak kukurydza i cukier.

Wzrosła zarówno liczba krajów importujących uprawy, jak też krajów eksportujących.

Jeżeli w przypadku większości upraw wzrosła liczba krajów importujących, to tak samo wzrosła liczba krajów eksportujących. To sprawia, że wymiana handlowa jest obecnie bardziej odporna na wahania popytu i podaży.

Część z nich pojawiła się po stronie popytu. W marcu, w obliczu wprowadzanych przez rządy blokad gospodarki (tzw. lockdown) lub samej perspektywy takich działań, gospodarstwa domowe zaczęły gorączkowo gromadzić dobra trwałe.

W niektórych krajach sprzedaż artykułów puszkowanych i makaronu wzrosła siedmiokrotnie. Linie zaopatrzeniowe zostały opróżnione.

Jednak na rynku zawsze można znaleźć jakieś alternatywy. Jak mówi Hani Weiss, który ze swojej bazy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich kieruje działalnością franczyzy Carrefour na 37 rynkach wschodzących, kiedy w kwietniu indyjscy kupcy przestali podpisywać nowe kontrakty eksportowe, francuska grupa supermarketów znalazła nowych dostawców ryżu w Pakistanie i Wietnamie oraz otworzyła nową drogę importu wołowiny z Rumunii.

Weiss dodaje, że aby zabezpieczyć się przed kolejnymi kłopotami firma zwiększyła swoje zapasy podstawowych produktów z ilości wystarczającej na 30 dni lub mniej do ilości pokrywającej aż 90 dni sprzedaży.

Tak więc nie tylko nie brakuje obecnie produktów, które można umieścić na sklepowych półkach, jest także wystarczająca liczba ludzi, którzy mogą to zrobić. Największa brytyjska sieć spożywcza Tesco otrzymała w marcu 1,3 miliona zgłoszeń od osób szukających pracy. Jest to ponad dziesięć razy więcej niż normalnie.

Pomocna automatyzacja

Popyt na podstawowe towary obecnie wrócił do prawie normalnego poziomu. Tymczasem popyt na inne rodzaje żywności jest wciąż bardzo niski.

Restauracje, kawiarnie i stołówki w szkołach i innych instytucjach odpowiadają za 30 proc. wszystkich spożywanych kalorii, a w wielu krajach te lokale są obecnie zamknięte. W tej sytuacji wielu producentów żywności znalazło się w potrzasku.

Teoretycznie mogliby przekierować swoje produkty do sklepów. Jednak ludzie przebywający w domu nie jedzą wcale tego samego, co jedliby w pracy lub podczas wieczoru spędzonego poza domem.

Zazwyczaj preferują produkty przetworzone i pakowane, których wielu kucharzy nawet by nie tknęło. Ponadto, kiedy już gotują w domu, częściej wybierają bardziej podstawowe składniki: raczej mięso mielone niż steki. Piją także znacznie mniej mleka niż wypiliby w świecie baristów serwujących kawę latte.

Jednak nawet wtedy, gdy gospodarstwom domowym potrzebne jest takie samo jedzenie jak to, którego normalnie poszukiwałyby profesjonalne kuchnie, pozostaje kwestia ilości.

Szef kuchni w kantynie kupuje mąkę w 16-kilogramowych workach, tymczasem entuzjaści chleba na zakwasie kupują ją po 1 kilogramie. Przetwórcom bardzo trudno jest zmienić wielkość opakowania. Ponadto zatwierdzenie nowych dostawców przez supermarkety również jest długotrwałym procesem.

W wyniku tych zmian, niektórzy producenci żywności znaleźli się w tarapatach. Francuscy rybacy twierdzą, że obecnie wyrzucają z powrotem do morza dwie trzecie swoich połowów. Australia stoi w obliczu zalania rynku niesprzedanymi owocami awokado. Farmer z Ontario Alain Goubau obecnie wykorzystuje część produkowanego mleka do karmienia swoich krów.

Jednak taki recycling ma swoje ograniczenia. Większość z tego, co nie może być sprzedane, zostanie zmarnowane. Obecnie psują się miliony litrów piwa z tzw. kegów. Unia Europejska spodziewa się, że zmarnują się ziemniaki o wartości 400 mln euro (430 mln dol.). Według André Laperrière’a z grupy GODAN, która promuje otwarty dostęp do danych, w tym roku w Stanach Zjednoczonych współczynnik marnowanej żywności wzrośnie z 30 do 40 proc.

Oprócz zmian w popycie, istnieją również pewne „wąskie gardła” transportowe, w tym niektóre pojawiające się nagle i niespodziewanie. W marcu z powodu pandemii na prawie tydzień zamknięto Timbues, czyli jeden z głównych portów regionu Rosario, odpowiadającego za 80 proc. argentyńskiego eksportu żywności. Jednak mimo tego, zboża wciąż są transportowane.

Jak twierdzi Tom Carr-Ellison, który prowadzi gospodarstwo rolne w Urugwaju, sprawę ułatwia coraz większa automatyzacja obsługi żywności. Wybuch pandemii jedynie wzmocni ten trend.

Ograniczone zdolności przewozowe

Transport morski działa na tyle płynnie, że zablokowane przybrzeżne miasta w Indiach zdecydowały się kupić olej sojowy z Argentyny zamiast przewozić go ciężarówkami z regionów położonych wewnątrz kraju.

Bardziej problematyczny jest transport towarów łatwo psujących się. Owoce i warzywa, podobnie jak kawa i mięso, zazwyczaj transportowane są samolotem lub w kontenerach chłodniczych na specjalnych statkach.

Spowolnienie obserwowane w innych obszarach systemu handlowego doprowadziło do powstania pewnych problemów z dostępnością kontenerów chłodniczych, choć nie jest to problemem powszechnym.

Problemem dla wszystkich są ograniczone zdolności przewozowe linii lotniczych.

Jak twierdzi Janine Mansour z portu w Nowym Orleanie, będącego największym w Stanach Zjednoczonych importerem kawy i drugim co do wielkości eksporterem drobiu, przepustowość działalności kontenerowej portu wzrosła w pierwszym kwartale tego roku. Tym niemniej problemem dla wszystkich są ograniczone zdolności przewozowe linii lotniczych.

Do ostatniego tygodnia marca spadły one w skali światowej o 80 proc. W sytuacji całkowitego zniknięcia środków transportowych przy pomocy których dane towary dostają się na rynek, gwałtownie spada cena, jaką za dany towar otrzymuje jego producent.

W Tajlandii hurtowe ceny pitaji (smoczego owocu), który jest popularnym przysmakiem w Chinach, spadły aż o 85 proc.

Szczególnie niepokojące „wąskie gardła” występują w przypadku mięsa. Popyt jest dość niski. Jak mówi Carlos Rodriguez z firmy AGRO Merchants, która oferuje usługi magazynowania chłodniczego w 11 krajach, magazyny chłodnicze na mięso, w których kiedyś było nieco wolnego miejsca są obecnie „wypełnione po brzegi”.

Tymczasem podaży nie da się po prostu zatrzymać, a wszystkie urodzone zwierzęta hodowlane muszą zostać w pewnym momencie ubite. Ta sytuacja bardzo mocno uderza w branżę produkcji wieprzowiny w Stanach Zjednoczonych.

W wyniku zamknięcia wielkich rzeźni krajowa zdolność do uboju wieprzowiny spadła o 40 proc. Każde pięć dni przestoju w pracy ubojni oznaczało, że na farmach pozostało przy życiu 1 milion „nadmiarowych” świń, na które nie ma tam miejsca. Prezydent Donald Trump skorzystał z uprawnień, dzięki którym rząd może nakazać firmom przetwórczym utrzymanie działalności. Wiele z nich obecnie pracuje, ale znacznie wzrósł poziom absencji wśród pracowników.

Brak rąk do pracy

W bogatym świecie skutkiem takich zakłóceń nie będzie jednak głód, ale zwyczajna niedogodność: wyższe ceny boczku i jagód. Na horyzoncie majaczą jednak trzy potencjalne zagrożenia, przy czym im dłużej trwać będzie kryzys, tym bardziej nieprzyjemne mogą się one stać.

Pierwszym zagrożeniem jest możliwość, że farmerzy ograniczą wielkość swojej produkcji. Niektórym z nich brakuje pracowników. Zamknięcie amerykańskich konsulatów w Meksyku może oznaczać, że w tym roku nie zostanie wydanych wiele spośród 250 tysięcy wiz H-2A dla robotników rolnych.

Do Wielkiej Brytanii przybędzie w tym roku bardzo niewielka część spośród 90 tysięcy zbieraczy owoców i warzyw przyjeżdżających zazwyczaj z Europy. Tymczasem zastępczą siłę roboczą trudno jest znaleźć.

Jak mówi David Sackett, który zarządza farmami o łącznej wartości 260 mln dol., Australia stara się skorzystać z potencjału tzw. backpackerów [przyp. tłum. niskobudżetowych turystów, którzy część kosztów swoich wojaży mogą finansować pracą dorywczą] szukających obecnie schronienia na prowincji.

Farmy posiadające odpowiedni kapitał będą chętnie skłaniać się do wdrożenia robotyzacji.

Jednakże w Wielkiej Brytanii program zatrudnienia osób bezrobotnych do pracy na polu spotkał się z całkowitym brakiem zainteresowania ze strony potencjalnych pracowników. Co więcej, według niektórych farmerów, zatrudnianie nieproduktywnych nowicjuszy jest stratą pieniędzy. Farmy posiadające odpowiedni kapitał będą tym chętniej skłaniać się do wdrożenia robotyzacji, pod warunkiem, że robotycy będą w stanie nauczyć roboty odpowiedniego obchodzenia się z miękkimi owocami.

Tymczasem część rolników, którzy w wyniku zamknięcia restauracji i podobnych wydarzeń pozbawieni zostaną rynków zbytu, a co za tym idzie również przychodów, prędzej pozwoli, aby ich uprawy zgniły w polu niż zdecyduje się zapłacić pracownikom za pracę przy zbiorach. Niektórzy z nich zbankrutują.

To ryzyko jest niższe w krajach o niskich stopach procentowych. Farmy w Stanach Zjednoczonych płacą obecnie znacznie mniej za obsługę swojego zadłużenia niż w latach 80. XX wieku, w związku z czym są bardziej bezpieczne.

Znacznie bardziej narażone są natomiast kapitałochłonne gospodarstwa w Ameryce Łacińskiej, gdzie wysokie są zarówno wskaźniki zadłużenia w relacji do kapitału własnego, jak i stopy procentowe.

Problemy z finansowaniem

Drugim zagrożeniem jest niedostępność kredytów. Łańcuchy dostaw funkcjonują płynnie, ponieważ krótkoterminowe pożyczki pozwalają każdemu ogniwu na zapłacenie za produkty rolne przed odsprzedaniem ich.

Banki ostrożnie podchodzą do finansowania jakichkolwiek umów dotyczących obrotu towarami.

W miarę spowolnienia w działalności, okres spłaty tych pożyczek ulega wydłużeniu, co blokuje środki, które mogłyby zostać pożyczone gdzie indziej. Jak mówi John MacNamara, były szef działu finansowania handlu w Deutsche Banku, w obecnej chwili banki ostrożnie podchodzą do finansowania jakichkolwiek umów dotyczących obrotu towarami.

Wystraszyły je niestabilne kursy walut, załamanie na rynku ropy naftowej oraz spadająca wartość zbóż, które firmy zazwyczaj oferują jako zabezpieczenie pożyczek. Swoją rolę wypełniają instytucje wielostronne.

Ponad jedna piąta wartego 425 mln dol. awaryjnego finansowania handlu zapewnionego w kwietniu przez Azjatycki Bank Rozwoju przeznaczona była na umowy związane z bezpieczeństwem żywnościowym. Jednak urzędnik mający bliskie związki z głównymi bankami twierdzi, że „słyszy już pęknięcia w systemie”.

Kontrole administracyjne

Trzecim zagrożeniem jest to, że rządy mogą stracić kontrolę nad swoimi emocjami. W latach 2007-2008 aż 33 państwa wprowadziły kontrole eksportowe.

Według badania przeprowadzonego przez Bank Światowy, te zakazy odpowiadały za większą część obserwowanego wówczas wzrostu cen ryżu o 116 proc. W obecnej sytuacji eksport ograniczyło jak dotąd 19 państw i wpływ tych działań jest znacznie mniejszy. Kontrole wprowadzone w latach 2007-2008 dotyczyły aż 19 proc. pozostających w światowym obrocie handlowym kalorii. Tegoroczne ograniczenia póki co dotyczą tylko 5 proc.

Niemniej jednak na rynkach panuje nerwowość. Stosunkowo niewielkie działania mogą doprowadzić do skokowego wzrostu cen, zwłaszcza na rynkach o niskich obrotach. Jak mówi Sunny Verghese z firmy Olam, będącej drugim największym na świecie dystrybutorem ryżu, tylko cztery lub pięć państw produkuje więcej ryżu niż konsumuje. To właśnie dlatego ostatnie ograniczenia eksportowe wprowadzone w Wietnamie doprowadziły do ostrego wzrostu cen.

Wiele państw uzależnionych od importu utrzymuje rezerwy zbóż, które pokrywają 3 miesiące dostaw.

Ponadto ograniczenia eksportowe skłaniają kupujących do robienia zapasów, co prowadzi do powstania zjawiska tzw. błędnego koła. Wiele państw uzależnionych od importu utrzymuje „strategiczne” rezerwy zbóż, które zazwyczaj pokrywają trzy miesiące dostaw. Jak mówi Jonatan Lassa z Uniwersytetu Karola Darwina w Australii, obecnie mogą one próbować zabezpieczyć rezerwy pokrywające dodatkowy miesiąc.

Połączone oddziaływanie ograniczeń eksportowych oraz gromadzenia zapasów może być katastrofalne dla państw ubogich. Waluty wielu z tych państw mocno straciły na wartości, w wyniku czego i tak płacą one obecnie więcej za import żywności.

Ubóstwo rośnie w czasie, kiedy w wielu miejscach zamknięte są nieformalne i często zatłoczone rynki, na których biedni zazwyczaj zaopatrują się w podstawowe produkty. W takiej sytuacji inflacja cen żywności choćby częściowo przypominająca tę z lat 2007-2008 byłaby prawdziwą katastrofą humanitarną.

W powstrzymaniu tej tragedii pomóc może globalna koordynacja. W zeszłym miesiącu 22 państwa członkowskie Światowej Organizacji Handlu, które łącznie odpowiadają za 63 proc. światowego eksportu produktów rolnych, zobowiązały się do utrzymania otwartego handlu. To dobry znak.

Na złagodzenie napięć mogłaby wpłynąć większa przejrzystość w kwestii strategicznych zapasów. André Laperrière sugeruje, że współpraca mogłaby pomóc również na poziomie lokalnym: supermarkety mogłyby uruchomić platformy handlowe, na których mogłyby wymieniać się produktami w przypadku niedoborów. Jeżeli taką współpracę i wzajemne powiązania będzie się dało utrzymać, być może zażegnane zostanie najgorsze zagrożenie głodu związanego z pandemią COVID-19.

Niniejszy artykuł ukazał się w sekcji „Briefing” papierowego wydania The Economist pod tytułem „The tables not yet turned”.


Tagi


Artykuły powiązane

Anatomia transatlantyckiego spowolnienia produktywności

Kategoria: Trendy gospodarcze
Anatomia transatlantyckiego spowolnienia produktywności

Pięć lat rosyjskich sankcji – kto zyskał, kto stracił

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pięć lat rosyjskich sankcji – kto zyskał, kto stracił

Kto jedzenie marnuje, ten świat rujnuje

Kategoria: Trendy gospodarcze
Kto jedzenie marnuje, ten świat rujnuje

Popularne artykuły

Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Kategoria:
Gdzie będzie polska gospodarka za lat 5, 10

Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Kategoria: Rynki kapitałowe
Finanse publiczne: Brak długofalowego myślenia

Bankowość pod okiem Allaha

Kategoria: Rynek bankowy
Bankowość pod okiem Allaha

Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Kategoria: Polityka pieniężna
Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium

Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Łosoś nie zastąpi ropy. Norwegia w kryzysie

Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pracownicy widmo, czyli jak komputery wynajmują ludzi do prostych prac